|
|
Dziennik podróży po kraju czyli wakacje przez cały rok. Choć to nie jest za bardzo prawda, to jakże miło brzmi - inaczej
mówiąc:
tam i z powrotem.
Dziennika-nocnika "zapieckowego"
ciąg dalszy...
kwiecień - maj 2007 |
|
26-27 maja
2007
Kazimierz
Nałęczów
i
okolice |
Kazimierz
jaki jest, każdy widzi. Ale żeby poznać go bliżej warto tam pojechać
w dzień powszedni, nie świąteczny i nie weekendowy. Na sobotę i
niedzielę zjeżdża pól Warszawy i mamy deptak jak pod Domami Centrum.
Ja pojechałem w poniedziałek, spokojnie, czysto, na Rynku pusto,
zatrzymałem się żeby popytać o dalszą drogę (agroturystyka), a już
ostrzeżono mnie że w dzień powszedni nie wolno parkować na Rynku i
lepiej żebym szybko odjechał. Za to we wtorek wolno, jak się miejsce
znajdzie bo to dzień targowy. Wszystkie gospodynie gotujące dla
rodziny i przyjezdnych robią zakupy, a kwiatów, sadzonek moc. Tak
więc poranny wtorkowy targ, to głownie targ kwiatowy. Dlatego jest
jeszcze piękniej i bardziej kolorowo.
Kamieniczki odnowione pięknie, bulwar nad Wisłą śliczny, a
najpiękniejszy wcześnie rano, kiedy jeszcze wycieczek nie ma, a
turyści szykują się do śniadanka dopiero. Wisła płynie dostojnie - a
przy brzegu statków moc wielka. Jest koga Wikingów, statki spacerowe
i prawie szkuner, a na pewno piracki. Idealny plener do zdjęć bo z
jednej strony Wisła, z drugiej widok na pobliskie pensjonaty,
ogrody, a wyżej miasto i ruiny zamku na górze. Jest w Kazimierzu
ulica Góry i ulica Doły. Jak sama nazwa wskazuje na ul. Góry wjeżdża
się wysoko (kostka brukowa) i tylko myśl taka nachodzi człowieka,
jak tu wjechać w zimie, bo zjechać .. W zimie wiadomo - pierzyna na
maskę, ogromne poduchy na reflektory i jakoś to będzie. Zabytkom na
odsiecz idąc oszczędzałem wydeptane progi, za to odwiedziłem domów i
posiadłości bez liku. Z ciekawszych wymienić muszę np. Folwark
Wenecja. Dom w stylu dworku szlacheckiego, który służy teraz jako
pensjonat. Zachowano klimat lat 20, 30-tych, zdjęcia rodzinne na
ścianach a to na polowaniu, a to w ułańskim mundurze, a to portrety
dam pięknych. Piece kaflowe, stare zegary, meble jak u babuni, a
łazienka - bajka, ale już współczesna jak najbardziej. Piękna
jadalnia z kolekcją win w starej szafie i przepięknie malowanym
pasem pod sufitem gdzie w okrągłych tondach bukiety polnych kwiatów.
Nie policzyłem ale było ich kilkanaście i każdy inny. Niedaleko dom
przy tej samej ulicy, cały w drewnie, a w środku akurat studencka
wyprawa w sali kominkowej debatuje nad dalszą trasą wędrówki. Dom na
zboczu wysoko bo 80 m nad poziomem rzeki, więc widoki wspaniałe i
dalekie. Na przeciwko mały domek jak chałupka wiejska, rozbudowany
nieco w kierunku podwórka. Niby nic, ale jak tam pięknie w środku.
Wielkie kolorowe łoża w gustownych pokoikach, czysto, cicho,
pastelowo. Miła gospodyni z córeczką na rękach zaprasza mamy z
dziećmi. Idealne miejsce w zieleni, a jest tu takich więcej.
Warszawiacy naród stadny, a więc pokoje czy pensjonaty blisko rynku
oblegane co widać po rejestracjach samochodów stłoczonych a ciasnych
podwórkach. A wystarczy kawałek odjechać jak choćby na ul.
Czerniawy, albo Kwaskowej Góry (od kwaśnego wapiennego podłoża),
albo na ul. Słoneczną, gdzie wybór pokojów duży i sam tam spałem w
wielkim pokoju z wyjściem wprost do ogrodu. Zajazd też jest wielki,
ale hotelowe przyjemności zostawmy koneserom, sami lepiej
wypoczniemy w pokojach gościnnych, których tu sporo a i grill w
każdym ogrodzie się znajdzie jak kto lubi pobiesiadować.
Wystarczy 10 minut jazdy samochodem i już w kilku wsiach pod
Kazimierzem można znaleźć gospodarstwa agroturystyczne, gdzie o
gości dbają nie tylko łazienkami i telewizorami, ale jedzeniem
pysznym, własnym miodem, że o urokach wyrobów masarskich nie
wspomnę. W jednym domu gościnnym tak mnie częstowano, że o obiedzie
zapomniałem na dwa dni. Masz zwierzaka jakiego miłego - i jemu się
nalezą wakacje. Można jechać z psem, kotem, a i z kanarkiem też
pewnie jak kto lubi i ptaszysko nie ryczy po nocy. W jednym domu jak
się pochwaliła gospodyni było 7 i pół kota. Te pół, to śliczny rudy
maluch, który już był zarezerwowany na życie w innym dobrym domu.
Jest i taka wieś pod Kazimierzem, gdzie oprócz tubylców wszyscy
błądzą. Nazywa się ta wieś Cholewianka i w zasadzie są to trzy wsie,
a do każdej inaczej się jedzie. Agroturystyki też tutaj dostatek,
ale lepiej zadzwonić i dopytać jak się jedzie dokładnie i wszystko
spisać trzeba, bo potem bez ściągawki ani rusz. Cholewianka słynie z
"siedliska" zwanego Wiatrakowo. Od wsi do wiejskiej posiadłości
prowadzi droga , którą wiatrak na słupie jako drogowskaz wskazuje,
Jedziemy wśród pól i sadów, aby po chwili stanąć przed kilkoma
domkami zagubionymi w zieleni. W środku bajka, sala jadalna z
kominkiem, kuchnia w starym stylu, dawne meble i sprzęty, a nawet
konfesjonał stary w ogrodzie. Przy kuchni wianki czosnku, pęki ziół,
atmosfera sielska przyjazna i szokująca. Bo to wiejski pensjonat z
urokiem dawnych dworów, a z wygodami jak w nowoczesnym hotelu.
Warto pojechać do Kazimierza, ale nie tylko na weekend kiedy
festiwali i jarmarków dostatek. Warto na kilka dni zostać, żeby
spokojnie zbadać jak popłynąć statkiem do Janowca, wejść na górki
wszelkie bo jest i góra Trzech Krzyży i jest Góra Wietrzna, gdzie
kiedyś koguta w ofierze składano i jest góra gdzie fragmenty macew i
mur pęknięty - wspomnienie po żydowskich mieszkańcach Kazimierza. |
13 maja
2007
niedziela
Tomaszów,
Tresta,
Zalew
Sulejowski
i
okolice |
piątek, Zalew
Sulejowski, dochodzi 16... Wichura, pioruny, ulewa, wiatr, jak się
potem dowiedziałem z TVN24 - 130 km na godzinę. Jednak spokojnie
zacznę "jechać" od początku. Jeszcze nie ma 6 - jadę spokojnie w
kierunku Tomaszowa Mazowieckiego. Jak sama nazwa wskazuje Tomaszów
"ów" znajduje się w województwie łódzkim. Najważniejsze miejsce w
Tomaszowie, to skrzyżowanie Tadeusza Kościuszki, gdzie drogowskazów
mnóstwo, jak się dowiadujemy do Warszawy 114, do Łodzi 53, do
Opoczna 32, a nad Zalew Sulejowski - nie wiadomo. Oczywiście mam tam
jechać, więc badam mapy wszelkie i dzięki cienkiej kreseczce na
mojej dwusetce cel podróży znajduję. Nie mogę zajechać za wcześnie,
więc najpierw spacer po Tomaszowie. Skoro
sam mistrz Tuwim zachęcał, żeby wpaść na dzień do Tomaszowa, no to
koniecznie.. choć godzinę. Szyldy ogromne informują że Zajazd
Góralski zaprasza, widomo że górale
emigrowali od wieków, ale żeby za Tuwimem nie wiedziałem. Inny szyld
dumny informuje że mieści się tu - chyba na ul. Jerozolimskiej -
"Pizzeria Capone". Co to za bohater obok pomnika Kościuszki, że
pizzę firmuje, bo chyba to nie ten gangster amerykański, co zmarł
chory na kiłę. Jeszcze napisów się czepiając - wracam do
drogowskazów. Tu w centrum miasta są, dalej ni du du.. Jak na mapie
znalazłem Niebieskie Źródła i biały drogowskaz na ulicy, to
wiedziałem gdzie jechać, ale oznakowania z odpowiednimi
miejscowościami już za miastem - brak. Mało tego; znalazłem wieś,
gdzie żadnej tablicy nie ma z nazwą, a bo pewnie gdzieś wiatr porwał
dawno i nie ma - a wieś to duża letniskowa i nazywała się Tresta
Rządowa. W Tomaszowie słoneczko miłe to i zdjęć trochę porobiłem,
Zaraz na przeciwko kościoła św. Antoniego (od zagubionych turystów
też), dom z 1888 roku, potem jeszcze kilka ciekawych starych domów z
XIX wieku znalazłem. A kino - nazywa się Mazowsze i jest w stanie
ruiny totalnej (przynajmniej z zewnątrz). Kłaniam się Naczelnikowi
Kościuszce, pod którym świeże kwiaty. Dochodzi godzina 8, jadę dalej
ul. Jerozolimską i Jana Pawła II (czy jest jeszcze jakaś mieścina
bez ulicy naszego Papieża?), wyjazd z miasta pozakręcany więc wolno
a tu zaraz stop. Na południe od Tomaszowa, ale nie jechać drogą na
Opoczno, tylko ta na Skansen - rezerwat przyrody, który nazywa się
Niebieskie Źródła i na przeciwko nad rzeką - Skansen Rzeki Pilicy.
Czynny od 10 więc jadę dalej, wrócę tu przed 12. Mijam informację że
żubry też tu są, sprowadzone z Białowieży, ale nie jadę na te dzikie
krowy popatrzeć, bo jak się potem dowiedziałem, to od parkingu
piechotą trzeba jeszcze 5 kilometrów... Znaleziono wyjście, dla
zmęczonych są bryczki konne. Już nie sprawdzam, jadę dalej, tumany
pyłu białego widać z daleka, białe brzegi wśród sosen i woda -
kopalnia odkrywkowa. Nie wysiadłem, a żałuję, zdjęcia były by
ciekawe. Kopalnia kaolinu (piaski szklarskie) Biała Góra. Podobno
największe złoża w Europie. Tak więc nie tylko bicz z piasku można
ukręcić, jak ktoś dobre bajki w dzieciństwie czytał.
Po perturbacjach różnych (nawracanie i jazda bez drogowskazów)
odnajduję ulicę Wczasową - okazuje się że juz jestem we wsi Tresna
(Rządowa - niegdyś pisano). Na domach podwójne numery, bo już nie
będzie numerów wiejskich, ale takie jak posesje wzdłuż ulicy. Nie
wiem ile tu ulic ale z 5 pewnie będzie. Jedna się liczy najbardziej
i "dłuuga" jak Piotrkowska prawie, bo ze 3 sklepy spożywcze przy
niej naliczyłem - oczywiście Wczasowa. Kończy się pętlą, bo
dojeżdżają tu autobusy miejskie z Tomaszowa, więc połączenie
idealne, żeby tylko jeszcze jaki obcy łatwo trafił. Domki różne, jak
kogo było stać, ale czysto, posesje zadbane, ogrody w kwiatach,
skalniaki ozdobne, psy przyjazne. Co 3, 4 dom to gospodarstwo
agroturystyczne, albo pokoje gościnne. Pensjonatów brak, ale
łazienki jak pensjonatowe. Często pawilony na podwórkach - czyli
pokoje dla letników i nie żadne czworaki ale przestronne, słoneczne
z łazienkami, lodówkami i aneksami kuchennymi.
WPiękne lasy sosnowe wokół, brzozą przeplatane. Jeden z pracowników
remontowych przy piwku się żalił, że od świtu pracuje, bo tak się te
ptaki wydzierają, że spać już nie warto.
Następna za Trestą wieś to Karolinów. Też blisko brzegu Zalewu
Sulejowskiego, bo i ośrodek tu wczasowy i gospodarstwo
agroturystyczne wszystko wśród ogromnych sosen. Zwiedzam i
fotografuję dom państwa Wojtaszków - pokoje z łazieneczkami śliczne,
stołówka z kominkiem jak marzenie, pościel, narzuty w pięknych
gustownych kolorach. Nieśmiało pytam o ceny. Zastanawiam się
właśnie, po co ja to piszę, za rok nie będzie tam można szpilki
wetknąć, a jak do tego gospodyni młoda sama gotuje, a mąż jeszcze
bryczką po okolicy wozi. Gdy ktoś zechce konno po tych pięknych
lasach to podobno też można.
Koniec marzeń o sielskim wczasowaniu, czas na piękno przyrody.
Wracam do Tomaszowa, a właściwie pod Tomaszów. Najpierw odwiedzam
Skansen czyli Muzeum Rzeki Pilicy. Podobno jedyne takie w Polsce
muzeum rzeki, faktycznie pierwszy raz widzę model młyna co po rzece
pływał, pomielił pewnie w jednej wsi, a potem do następnej. Jest też
model parostatku jaki pływał po Pilicy. Jak się patrzy na warszawską
Wisłę, to aż smutno, a tam przed wiekami rzeka przyjazna była
ludziom. Wstęp tylko 3 złote, a w starym młynie; broni, modeli,
mundurów, wag, a nawet młynków dawnych do kawy wielki dostatek.
Trzeba powoli każde piętro bo eksponatów, aż nadmiar. Na zewnątrz
stara łódź, pojazd pancerny, fragment przęsła. Obsługa miła i dobrze
poinformowana.
Na przeciwko skansenu po drugiej stronie drogi wielka brama z
napisem Niebieskie Źródła. Wejście jak do każdego parku, ale już po
kilkunastu metrach wiemy, że to nie taki zwykły park - jakby ktoś na
nas czar rzucił. Mieni się w słońcu woda, kaczki pływają, łabędź na
gnieździe, drugi leci nad czystym prądem - inny świat i tylko ławki
za plecami przy alejce przypominają że to jednak cywilizowane
miejsce. Pięknie tam i koniecznie trzeba się zatrzymać, byłem pól
godziny tylko, o 3 godziny za mało.
Zdjęcia są na stronie
Tomaszowa, albo wejście z
woj łódzkiego .
Następna wieś do której trafiam ze sporymi trudnościami to
Zakościele. Niegdyś miejsce gdzie budowniczych włoskich król osadził
co mu zamek w Inowłodzu budowali. Przed I wojną światową Zakościele
zaczęło mieć nieco uzdrowiskowy charakter bo źródło żelazistej wody
odkryto. Teraz miejsce gdzie dwa gospodarstwa agroturystyczne, mało
tego że nie konkurują to polecają się wzajemnie. Jak mówił mi Pan
Sołtys, jak będzie więcej takich gospodarstw w jednej wsi to ludzie
chętniej przyjadą. A warto bo okolice tak bogate w miejsca do
zwiedzania jak żadne inne. Z miłym sołtysem rozmawiamy o telewizji
wysokiej rozdielczości, z sąsiadem wyżej (gospodarstwo na górce) o
Tuwimie co bywał tu na wakacjach i Kwiaty Polskie stad podobno. Mili
sympatyczni, i ani słowa o polityce, ani o suszach, powodziach i
innych klęskach. Widać jak ktoś uśmiecha się do życia to i los mu
tym samym odpłaca.
Na koniec dnia ostatnia wizyta umówiona z Panią przewodniczącą
Stowarzyszenia Agroturystycznego w Smardzewicach Małych. Pędzę więc
z Zakościela, nie zatrzymując się wcale w Spale. A tam pięknie
budynki poodnawiane, ośrodek przy ośrodku, dawniej i prezydenci tu
bywali od Mościckiego poczynając. W Tomaszowie znów źle skręcam -
objazd proponują mi polami prawie, droga dobra ale kończę jazdę w
jakiejś dyskotece na uboczu tak wielkim, że tylko zrujnowana
cegielnia na przeciwko. Zawracam do Tomaszowa i już wg mapy
grzecznie bez skrótów. Ciemno się robi, jakieś chmury czarne, ze
smugami do ziemi, trzeba wiać idzie na burzę. Skręcam w drogę na
Borki i Swolszewice Małe, ale leje już mocno. Zaczyna silnie wiać,
drzewa gną się, gałęzie fruwają. Szukam miejsca gdzie by u stanąć z
dala od drzew, a tym czasem widzę przed sobą wąski pas betonowej
jezdni wśród wzburzonych fal. Staję jak wryty, wycieraczki w
samochodzie na najszybszych obrotach. Z przerażeniem patrzę na fale
jakie walą o zaporę, przez którą właśnie miałem przejechać. Za żadne
skarby na świecie nie odważę się jechać dalej, zresztą przez kilka
minut które trwały okropnie długo nikt nie przejechał po koronie
zapory. No i ta głupia myśl jak mnie ten wiatr zdmuchnie z moim
blaszanym pudelkiem na kółkach to ...spóźnię się okropnie na
umówione spotkanie i przybyć mógłbym w charakterze wodnego ducha, co
wyzionął...
Uf... wiatr trochę ustał, deszcz także, jeszcze kropi ale mniej,
ruszam w końcu, trzymam się samego środeczka drogi, jadę przez
zaporę, mokro wszędzie, na boki nie patrzę nawet. Drugą stronę witam
jak zbawienie. W wiadomościach potem same złe wieści, w okolicach
Sulejowa ginie chłopiec jadący na rowerze, przygnieciony drzewem,
gdzie indziej drzewo spada na samochód nauki jazdy. Ale o tym
dowiaduję się dopiero wieczorem. Szybkości wiatru tam doszła podobno
do 130 km, tak więc słuchając o cyklonach amerykańskich wiem, że
nasz wiaterek się nie umywa, ale dla mnie wystarczy. Dojeżdżam do
skrzyżowania - patrzę w lewo - Swolszewice Małe, patrzę w prawą
stronę tez tablica - Swolszewice Małe. Wybieram skręt w lewo,
okazuje się trafnie. Kilka zakrętów i jestem .. w trakcie wywiadu.
Pani redaktor z Łodzi przeprowadza wywiad na temat agroturystyki,
towarzyszę zatem, przy głaskaniu klaczy źrebnej, podziwianiu
ślicznych małych prosiaczków, obok cielak też do młodzieży się
zalicza. Na zakończenie pani redaktor buja się na nowej huśtawce,
więc nikt już jej nie musi jej opowiadać o rozwoju agroturystyki.
Wśród psiaków przechadza się dumnie kotek czarny, widać ze to
kolejne przyjazne gospodarstwo. Za drewnianym płotem sąsiedzi też
agroturystykę prowadzą. Popołudnie robi się słoneczne, a ja już nie
szukam miejsca na nocleg, bo wolę we własnym.. tylko 140 kilometrów
do własnego prysznica kusi. Wracam wiec szosą wrocławską dwupasmową
i gładką (w zasadzie). W którymś momencie patrzę na licznik, że coś
wolno jadę bo wszyscy mnie mijają a tu 120, zwalniam zatem do 80 i
jadę sobie spokojnie prawym pasem. Nie minęło kilka minut i nagle
zaczynam wolno doganiać wszystkich co juz dawno uciekli . Kontrola
drogowa tak ich spowolniła, kilku czeka na poboczu z dokumentami w
dłoniach jak z książeczkami do nabożeństwa. Mijam ich dostojnie, za
chwilę znów jadę sam, pozostawiony .., a co mam się spieszyć.
Dojechałem na dziennik. |
27 kwietnia
2007
Szydłowiec,
Pińczów
Busko
Zalipie,
Wiślica,
Nagłowice |
Jazda zatem o
świcie samym w niedzielę niedawno minioną. Pojechałem najpierw na
Pińczów bo tam podobno świta. Brydżyści z Podkarpacia twierdzą że,
tam dnieje. I bądź tu mądry. Miasteczko pierwsze gdzie się
zatrzymuję to Szydłowiec - ładne, ale mało rozmowne, bo kilku
zaspanych Panów dopiero przeciąga się na ławkach, po wczorajszym
spożyciu, a reszta śpieszy na mszę. Kościół piękny i stary, obok
pomnik Kościuszki Tadeusza, co odwiedził Szydłowiec w 1920 roku i
tam został. Na pomniku w prawej ręce szablę trzyma, a lewą pokazuje
na Ratusz. Czy już pomniki też do polityki się mieszają? Zamek tu
też jest co go Szydłowieccy zbudowali, a Radziwiłłowie poprawiali i
tak został: późnogotycki, a wczesnorenesansowy. Dokoła Zamku fosa,
mężowie tych Pań co na msze poszły, siedzą i obiadu z ogonkiem
wypatrują, wędki mocząc. Rzeźby też wszelkiej dostatek od ludowej po
współczesną. Tynk odpada niestety okropnie i całość zdecydowanie
lepiej wygląda z pewnego oddalenia. Warszawo pomóż. Daj dotację
kulturalną koniecznie. Bo Zamek był już i składem zbożowym i składem
piwa, a teraz tak się składa, że muzyka i rzeźba tam mieszkać może.
Dwa dni tam Poniatowski kwaterował, więc odmalować się należy.
Pińczów odwiedzam bliżej południa. W słońcu piętrowe domki
odmalowane pastelowo na tle białego kościoła. W parku zieleń jeszcze
nieśmiała, ale tubylcy wołają, żeby nie "kamerować", bo się do wina
nie dokładam. Czysto, kolorów moc, a jedno blade oko nastroju nie
psuje. Potem Dąbrowa Tarnowska, natykam się właśnie na grupę
młodzieży z Izraela, co trasą pamiątek dawnych jedzie na marsz
żywych do Oświęcimia. Synagoga zieje oczodołami pustych okien,
zdewastowany budynek na tle policyjnych siedzib i ich żółtych ścian
obok wygląda okropnie. Samo miasteczko zadbane, skwery, park, wokół
miłe domki z kolorowymi sklepami. Kiedy tam byłem temperatura na
ratuszu - 20 stopni, a mieszkańców na tablicy - liczba 11.720. Może
przybył już jakiś nowy dąbrowszczanin tarnowski. Plac Mickiewicza, a
za nim kościół ogromny choć mniejszy jak w Licheniu, na placu pustym
robi wrażenie. Obelisk, pomniczek niewielki z herbem postawiony
blisko, bo się bracia Lubomirscy pojedynkowali i jeden z nich,
kawaler maltański poległ był tu właśnie.
Zalipie blisko
chyba 12 kilometrów więc koniecznie odwiedzić trzeba, malowane domy,
cembrowiny, straż pożarna, i ośrodek zdrowia. Wszystko we wzorach
ludowych i kwiatach malowanych. Jedna dama miła jak tylko biały
samochód zobaczyła pędem chatę otwarła, gdzie dzbanek malowany do
nabycia się do dziś znajduje (25 zł), a obejście czyste, malowane
pięknie. Zaprosiła mnie i na swoje kuchenne pokoje gdzie córka zdobi
kwieciście. Ma w Zalipiu swój oddział muzeum tarnowskie, a jest to
zagroda Franciszki Curyłowej, jednej z wiejskich malarek co cała
zalipiańską sławę zaczęła. Poduchy białe, ale skrzynie, makatki,
obrazy święte i piec cudny - wszystko w kwiatach, kłosach i
roślinnych motywach. Jechać podziwiać, kupować drewniane noże do
masła, deski zdobne, dzbanki i inne cuda.
Busko-Zdrój moim celem - dojeżdżam szybko. Miasto może mniej
ciekawe, przez środek ruch okropny - droga do Krakowa, Tarnowa
ruchliwa. Poniżej miasta - uzdrowisko, wokół Parku Zdrojowego kilka
ulic, w tym pięknych willowych z pensjonatami - już inne zupełnie.
Park z muszlą koncertową, restauracją, kawiarnią (niezłe lody
..Koral), wiewiórki liczne, kuracjusze, posiwiali nieco żwawo na
zabiegi rano pędzą. I ja tam byłem i wodę siarkową piłem i dałem
nogę bo bałem się że mnie jeszcze na koncert operowy zaciągną.
Dyrekcja sanatorium przekazała mi wiadomość, ze spotkać się nie ma
jak i po co, a miła Pani od marketingu przekazała mi to z uśmiechem.
Marconi tak się zwie ten szef od siarki w wodzie pitnej, zajęć ma
mnóstwo, bo akurat wywiady i telewizja, i gazeta - bo sezon się
zaczął. W innym gabinecie przyjęto mnie bez zapowiedzi, ale to
prywatne leczenie i dba o reklamę. Co knajpa jaka to z wieczorkami
zapoznawczymi i tańcami kusi, nic tylko się leczyć. Spanie wygodne,
eleganckie i tanie .. też takie można znaleźć. Nawet 18 zł za noc,
ale jak się kto uprze to i za 50 znajdzie. Tylko na jedną noc to
lepiej z własnym śpiworem, bo tam wszyscy czekają na kuracjusza co
choć tydzień zabawi, a nie tylko pościel pogniecie i pójdzie do
innej .. placówki leczniczej. Z Buska wszędzie blisko, odwiedzam
więc kilka gospodarstw agroturystycznych. Do jednego jeszcze muszę
kiedyś wrócić bo to "Brzoskwiniowy Sad", a to moje ulubione
futerkowe jabłka. Odwiedzam też miejsce, gdzie dzieci chore i
kalekie, mają swój pierwszy kontakt z koniem (hipoterapia), gdzie
wolna jazda na grzbiecie daje rozluźnienie, spokój i same przyjazne
doznania. Na podwórzu powitał mnie pies ogromny ruchliwy także, ale
ponieważ nie dobiegł bym do furtki w odpowiednim czasie, wolałem się
grzecznie przywitać. Zapach moich portek widać do zniesienia, bo
tylko pod leniwą obserwacją pozostałem. Koza, koty, i pieski inne,
że o koniach nie wspomnę wszystko uwieczniałem aparatem. Dyskretnie
wstrzymałem się tylko z fotografowaniem, kiedy obok gospodarz konika
"słusznej miary" do nieco wierzgającej klaczy podprowadzał.
Codziennie wyjazd, i powrót bo nocleg w Busku. W dwu pensjonatach,
żeby ślady zatrzeć, a i na wypoczynek jakiś gości namówić. W jednym
to i restauracja i kawiarnia nowe, a jedzenie takie że placek
węgierski do dziś czule wspominam, choć tak dobry jadłem 25 lat temu
w dawnym Cristalu - Budapeszcie na Marszałkowskiej. Jednego dnia
wyprawiłem się do Wiślicy, która pierwsza ponoć chrześcijaństwo
przyjęła, bo misę chrzcielną gipsową z IX wieku tam znaleziono. W
Wiślicy słynna kolegiata, obecnie do rangi bazyliki mniejszej
podniesiona i dom Długosza. Stare mury ciekawe bardzo, a w środku
dysonans: garaże księdza proboszcza świeżo bielone, które tak tu
pasują jak antena satelitarna na wieży zamkowej. Z Wiślicy trzeba
koniecznie do Nowego Korczyna bo tu przeprawa promem przez Wisłę do
Borusowej czyli granica świętokrzyskiego i małopolskiego. Frajda
niesamowita dla obserwujących, a ponoć jeszcze większa dla odważnych
kierowców małych samochodów zjeżdżających na stromy brzeg. Z wrażeń
jak by tu samochodu nie utopić to niedaleko jadąc do wsi Górki
jechałem miedzy stawami wielkimi, gdzie znak ostrzega rysunkiem
sugestywnym jak to autko do wody wpaść może. A tu akurat TIR ogromny
ma wprost mnie jedzie, więc przytulony do krawędzi, prawie nogą
macałem czy nie spadnę. Widać minę miałem nietęgą, bo kierowca
zwolnił i mijaliśmy się dostojnie i bezpiecznie. Z wrażenia pędem na
fasolkę po bretońsku. Polecam ogromnie w miejscowości Zagórzany, bar
tam czy zajazd przy drodze, ale potrawy gotowane na miejscu, nie z
torebki zamrożonej. Misa jak dla Reja przygotowana, i słoninka i
kiełbaska i co tam jeszcze się do fasolki w sosie należy, nie mogłem
nie zjeść, choć wysiłek to niemały - taka porcja. A co do Reja to i
u tego Pana żarłoka byłem w Nagłowicach, a opis jego apetytu wisi w
uroczym małym muzeum. Chyba to jedyne Muzeum co ma i tanie pokoje
gościnne, bibliotekę i park. Bilet tylko 3 złote, a są i ulgowe.
Na zakończenie podróży miłej o Imć Reju wspomnienie opata
sulechowskiego - Józefa Wereszczyńskiego: "...Albowiem zawdy kiedy
przyjechał pudło śliw jak korzec krakowski, miodu prasnego pół
rączki, ogórków surowych niewielkie niecułki, grochu w strączkach
cztery magierki, na każdy dzień na czczo to zawżdy zjadał. A potem z
chlebem garniec mleka, jabłek kopę, a pół tryguja gniłek zjadłszy,
do tego sztukę mięsa, kilka półmisków zmiótłszy - czupryny, kapuście
kwaśnej potem dorobił mało już o żabki włoskie dbając. " |

|