123@123noclegi.info

NOCLEGI w POLSCE


CENNIK
reklama roczna od 24,40


0 501 153 348
(wpisy)
0 500 438 058 (reklama)

Informator o noclegach w Polsce oraz usługach związanych z turystyką.

 

Dziennik podróży po kraju czyli wakacje przez cały rok.

Choć to nie jest za bardzo prawda, to jakże miło brzmi - inaczej mówiąc:
tam i z powrotem.
Dziennika-nocnika "zapieckowego" ciąg dalszy...

kwiecień - maj 2007

26-27 maja
2007
Kazimierz
Nałęczów
i
okolice

Kazimierz jaki jest, każdy widzi. Ale żeby poznać go bliżej warto tam pojechać w dzień powszedni, nie świąteczny i nie weekendowy. Na sobotę i niedzielę zjeżdża pól Warszawy i mamy deptak jak pod Domami Centrum. Ja pojechałem w poniedziałek, spokojnie, czysto, na Rynku pusto, zatrzymałem się żeby popytać o dalszą drogę (agroturystyka), a już ostrzeżono mnie że w dzień powszedni nie wolno parkować na Rynku i lepiej żebym szybko odjechał. Za to we wtorek wolno, jak się miejsce znajdzie bo to dzień targowy. Wszystkie gospodynie gotujące dla rodziny i przyjezdnych robią zakupy, a kwiatów, sadzonek moc. Tak więc poranny wtorkowy targ, to głownie targ kwiatowy. Dlatego jest jeszcze piękniej i bardziej kolorowo.
Kamieniczki odnowione pięknie, bulwar nad Wisłą śliczny, a najpiękniejszy wcześnie rano, kiedy jeszcze wycieczek nie ma, a turyści szykują się do śniadanka dopiero. Wisła płynie dostojnie - a przy brzegu statków moc wielka. Jest koga Wikingów, statki spacerowe i prawie szkuner, a na pewno piracki. Idealny plener do zdjęć bo z jednej strony Wisła, z drugiej widok na pobliskie pensjonaty, ogrody, a wyżej miasto i ruiny zamku na górze. Jest w Kazimierzu ulica Góry i ulica Doły. Jak sama nazwa wskazuje na ul. Góry wjeżdża się wysoko (kostka brukowa) i tylko myśl taka nachodzi człowieka, jak tu wjechać w zimie, bo zjechać .. W zimie wiadomo - pierzyna na maskę, ogromne poduchy na reflektory i jakoś to będzie. Zabytkom na odsiecz idąc oszczędzałem wydeptane progi, za to odwiedziłem domów i posiadłości bez liku. Z ciekawszych wymienić muszę np. Folwark Wenecja. Dom w stylu dworku szlacheckiego, który służy teraz jako pensjonat. Zachowano klimat lat 20, 30-tych, zdjęcia rodzinne na ścianach a to na polowaniu, a to w ułańskim mundurze, a to portrety dam pięknych. Piece kaflowe, stare zegary, meble jak u babuni, a łazienka - bajka, ale już współczesna jak najbardziej. Piękna jadalnia z kolekcją win w starej szafie i przepięknie malowanym pasem pod sufitem gdzie w okrągłych tondach bukiety polnych kwiatów. Nie policzyłem ale było ich kilkanaście i każdy inny. Niedaleko dom przy tej samej ulicy, cały w drewnie, a w środku akurat studencka wyprawa w sali kominkowej debatuje nad dalszą trasą wędrówki. Dom na zboczu wysoko bo 80 m nad poziomem rzeki, więc widoki wspaniałe i dalekie. Na przeciwko mały domek jak chałupka wiejska, rozbudowany nieco w kierunku podwórka. Niby nic, ale jak tam pięknie w środku. Wielkie kolorowe łoża w gustownych pokoikach, czysto, cicho, pastelowo. Miła gospodyni z córeczką na rękach zaprasza mamy z dziećmi. Idealne miejsce w zieleni, a jest tu takich więcej. Warszawiacy naród stadny, a więc pokoje czy pensjonaty blisko rynku oblegane co widać po rejestracjach samochodów stłoczonych a ciasnych podwórkach. A wystarczy kawałek odjechać jak choćby na ul. Czerniawy, albo Kwaskowej Góry (od kwaśnego wapiennego podłoża), albo na ul. Słoneczną, gdzie wybór pokojów duży i sam tam spałem w wielkim pokoju z wyjściem wprost do ogrodu. Zajazd też jest wielki, ale hotelowe przyjemności zostawmy koneserom, sami lepiej wypoczniemy w pokojach gościnnych, których tu sporo a i grill w każdym ogrodzie się znajdzie jak kto lubi pobiesiadować.
Wystarczy 10 minut jazdy samochodem i już w kilku wsiach pod Kazimierzem można znaleźć gospodarstwa agroturystyczne, gdzie o gości dbają nie tylko łazienkami i telewizorami, ale jedzeniem pysznym, własnym miodem, że o urokach wyrobów masarskich nie wspomnę. W jednym domu gościnnym tak mnie częstowano, że o obiedzie zapomniałem na dwa dni. Masz zwierzaka jakiego miłego - i jemu się nalezą wakacje. Można jechać z psem, kotem, a i z kanarkiem też pewnie jak kto lubi i ptaszysko nie ryczy po nocy. W jednym domu jak się pochwaliła gospodyni było 7 i pół kota. Te pół, to śliczny rudy maluch, który już był zarezerwowany na życie w innym dobrym domu. Jest i taka wieś pod Kazimierzem, gdzie oprócz tubylców wszyscy błądzą. Nazywa się ta wieś Cholewianka i w zasadzie są to trzy wsie, a do każdej inaczej się jedzie. Agroturystyki też tutaj dostatek, ale lepiej zadzwonić i dopytać jak się jedzie dokładnie i wszystko spisać trzeba, bo potem bez ściągawki ani rusz. Cholewianka słynie z "siedliska" zwanego Wiatrakowo. Od wsi do wiejskiej posiadłości prowadzi droga , którą wiatrak na słupie jako drogowskaz wskazuje, Jedziemy wśród pól i sadów, aby po chwili stanąć przed kilkoma domkami zagubionymi w zieleni. W środku bajka, sala jadalna z kominkiem, kuchnia w starym stylu, dawne meble i sprzęty, a nawet konfesjonał stary w ogrodzie. Przy kuchni wianki czosnku, pęki ziół, atmosfera sielska przyjazna i szokująca. Bo to wiejski pensjonat z urokiem dawnych dworów, a z wygodami jak w nowoczesnym hotelu.
Warto pojechać do Kazimierza, ale nie tylko na weekend kiedy festiwali i jarmarków dostatek. Warto na kilka dni zostać, żeby spokojnie zbadać jak popłynąć statkiem do Janowca, wejść na górki wszelkie bo jest i góra Trzech Krzyży i jest Góra Wietrzna, gdzie kiedyś koguta w ofierze składano i jest góra gdzie fragmenty macew i mur pęknięty - wspomnienie po żydowskich mieszkańcach Kazimierza.

13 maja
2007
niedziela
Tomaszów,
Tresta,
Zalew
Sulejowski
i
okolice

 

piątek, Zalew Sulejowski, dochodzi 16... Wichura, pioruny, ulewa, wiatr, jak się potem dowiedziałem z TVN24 - 130 km na godzinę. Jednak spokojnie zacznę "jechać" od początku. Jeszcze nie ma 6 - jadę spokojnie w kierunku Tomaszowa Mazowieckiego. Jak sama nazwa wskazuje Tomaszów "ów" znajduje się w województwie łódzkim. Najważniejsze miejsce w Tomaszowie, to skrzyżowanie Tadeusza Kościuszki, gdzie drogowskazów mnóstwo, jak się dowiadujemy do Warszawy 114, do Łodzi 53, do Opoczna 32, a nad Zalew Sulejowski - nie wiadomo. Oczywiście mam tam jechać, więc badam mapy wszelkie i dzięki cienkiej kreseczce na mojej dwusetce cel podróży znajduję. Nie mogę zajechać za wcześnie, więc najpierw spacer po Tomaszowie. Skoro
sam mistrz Tuwim zachęcał, żeby wpaść na dzień do Tomaszowa, no to koniecznie.. choć godzinę. Szyldy ogromne informują że Zajazd Góralski zaprasza, widomo że górale
emigrowali od wieków, ale żeby za Tuwimem nie wiedziałem. Inny szyld dumny informuje że mieści się tu - chyba na ul. Jerozolimskiej - "Pizzeria Capone". Co to za bohater obok pomnika Kościuszki, że pizzę firmuje, bo chyba to nie ten gangster amerykański, co zmarł chory na kiłę. Jeszcze napisów się czepiając - wracam do drogowskazów. Tu w centrum miasta są, dalej ni du du.. Jak na mapie znalazłem Niebieskie Źródła i biały drogowskaz na ulicy, to wiedziałem gdzie jechać, ale oznakowania z odpowiednimi miejscowościami już za miastem - brak. Mało tego; znalazłem wieś, gdzie żadnej tablicy nie ma z nazwą, a bo pewnie gdzieś wiatr porwał dawno i nie ma - a wieś to duża letniskowa i nazywała się Tresta Rządowa. W Tomaszowie słoneczko miłe to i zdjęć trochę porobiłem, Zaraz na przeciwko kościoła św. Antoniego (od zagubionych turystów też), dom z 1888 roku, potem jeszcze kilka ciekawych starych domów z XIX wieku znalazłem. A kino - nazywa się Mazowsze i jest w stanie ruiny totalnej (przynajmniej z zewnątrz). Kłaniam się Naczelnikowi Kościuszce, pod którym świeże kwiaty. Dochodzi godzina 8, jadę dalej ul. Jerozolimską i Jana Pawła II (czy jest jeszcze jakaś mieścina bez ulicy naszego Papieża?), wyjazd z miasta pozakręcany więc wolno a tu zaraz stop. Na południe od Tomaszowa, ale nie jechać drogą na Opoczno, tylko ta na Skansen - rezerwat przyrody, który nazywa się Niebieskie Źródła i na przeciwko nad rzeką - Skansen Rzeki Pilicy. Czynny od 10 więc jadę dalej, wrócę tu przed 12. Mijam informację że żubry też tu są, sprowadzone z Białowieży, ale nie jadę na te dzikie krowy popatrzeć, bo jak się potem dowiedziałem, to od parkingu piechotą trzeba jeszcze 5 kilometrów... Znaleziono wyjście, dla zmęczonych są bryczki konne. Już nie sprawdzam, jadę dalej, tumany pyłu białego widać z daleka, białe brzegi wśród sosen i woda - kopalnia odkrywkowa. Nie wysiadłem, a żałuję, zdjęcia były by ciekawe. Kopalnia kaolinu (piaski szklarskie) Biała Góra. Podobno największe złoża w Europie. Tak więc nie tylko bicz z piasku można ukręcić, jak ktoś dobre bajki w dzieciństwie czytał.
Po perturbacjach różnych (nawracanie i jazda bez drogowskazów) odnajduję ulicę Wczasową - okazuje się że juz jestem we wsi Tresna (Rządowa - niegdyś pisano). Na domach podwójne numery, bo już nie będzie numerów wiejskich, ale takie jak posesje wzdłuż ulicy. Nie wiem ile tu ulic ale z 5 pewnie będzie. Jedna się liczy najbardziej i "dłuuga" jak Piotrkowska prawie, bo ze 3 sklepy spożywcze przy niej naliczyłem - oczywiście Wczasowa. Kończy się pętlą, bo dojeżdżają tu autobusy miejskie z Tomaszowa, więc połączenie idealne, żeby tylko jeszcze jaki obcy łatwo trafił. Domki różne, jak kogo było stać, ale czysto, posesje zadbane, ogrody w kwiatach, skalniaki ozdobne, psy przyjazne. Co 3, 4 dom to gospodarstwo agroturystyczne, albo pokoje gościnne. Pensjonatów brak, ale łazienki jak pensjonatowe. Często pawilony na podwórkach - czyli pokoje dla letników i nie żadne czworaki ale przestronne, słoneczne z łazienkami, lodówkami i aneksami kuchennymi.
WPiękne lasy sosnowe wokół, brzozą przeplatane. Jeden z pracowników remontowych przy piwku się żalił, że od świtu pracuje, bo tak się te ptaki wydzierają, że spać już nie warto.
Następna za Trestą wieś to Karolinów. Też blisko brzegu Zalewu Sulejowskiego, bo i ośrodek tu wczasowy i gospodarstwo agroturystyczne wszystko wśród ogromnych sosen. Zwiedzam i fotografuję dom państwa Wojtaszków - pokoje z łazieneczkami śliczne, stołówka z kominkiem jak marzenie, pościel, narzuty w pięknych gustownych kolorach. Nieśmiało pytam o ceny. Zastanawiam się właśnie, po co ja to piszę, za rok nie będzie tam można szpilki wetknąć, a jak do tego gospodyni młoda sama gotuje, a mąż jeszcze bryczką po okolicy wozi. Gdy ktoś zechce konno po tych pięknych lasach to podobno też można.
Koniec marzeń o sielskim wczasowaniu, czas na piękno przyrody. Wracam do Tomaszowa, a właściwie pod Tomaszów. Najpierw odwiedzam Skansen czyli Muzeum Rzeki Pilicy. Podobno jedyne takie w Polsce muzeum rzeki, faktycznie pierwszy raz widzę model młyna co po rzece pływał, pomielił pewnie w jednej wsi, a potem do następnej. Jest też model parostatku jaki pływał po Pilicy. Jak się patrzy na warszawską Wisłę, to aż smutno, a tam przed wiekami rzeka przyjazna była ludziom. Wstęp tylko 3 złote, a w starym młynie; broni, modeli, mundurów, wag, a nawet młynków dawnych do kawy wielki dostatek. Trzeba powoli każde piętro bo eksponatów, aż nadmiar. Na zewnątrz stara łódź, pojazd pancerny, fragment przęsła. Obsługa miła i dobrze poinformowana.
Na przeciwko skansenu po drugiej stronie drogi wielka brama z napisem Niebieskie Źródła. Wejście jak do każdego parku, ale już po kilkunastu metrach wiemy, że to nie taki zwykły park - jakby ktoś na nas czar rzucił. Mieni się w słońcu woda, kaczki pływają, łabędź na gnieździe, drugi leci nad czystym prądem - inny świat i tylko ławki za plecami przy alejce przypominają że to jednak cywilizowane miejsce. Pięknie tam i koniecznie trzeba się  zatrzymać, byłem pól godziny tylko, o 3 godziny za mało.
Zdjęcia są na stronie Tomaszowa, albo wejście z woj łódzkiego . Następna wieś do której trafiam ze sporymi trudnościami to Zakościele. Niegdyś miejsce gdzie budowniczych włoskich król osadził co mu zamek w Inowłodzu budowali. Przed I wojną światową Zakościele zaczęło mieć nieco uzdrowiskowy charakter bo źródło żelazistej wody odkryto. Teraz miejsce gdzie dwa gospodarstwa agroturystyczne, mało tego że nie konkurują to polecają się wzajemnie. Jak mówił mi Pan Sołtys, jak będzie więcej takich gospodarstw w jednej wsi to ludzie chętniej przyjadą. A warto bo okolice tak bogate w miejsca do zwiedzania jak żadne inne. Z miłym sołtysem rozmawiamy o telewizji wysokiej rozdielczości, z sąsiadem wyżej (gospodarstwo na górce) o Tuwimie co bywał tu na wakacjach i Kwiaty Polskie stad podobno. Mili sympatyczni, i ani słowa o polityce, ani o suszach, powodziach i innych klęskach. Widać jak ktoś uśmiecha się do życia to i los mu tym samym odpłaca.
Na koniec dnia ostatnia wizyta umówiona z Panią przewodniczącą Stowarzyszenia Agroturystycznego w Smardzewicach Małych. Pędzę więc z Zakościela, nie zatrzymując się wcale w Spale. A tam pięknie budynki poodnawiane, ośrodek przy ośrodku, dawniej i prezydenci tu bywali od Mościckiego poczynając. W Tomaszowie znów źle skręcam - objazd proponują mi polami prawie, droga dobra ale kończę jazdę w jakiejś dyskotece na uboczu tak wielkim, że tylko zrujnowana cegielnia na przeciwko. Zawracam do Tomaszowa i już wg mapy grzecznie bez skrótów. Ciemno się robi, jakieś chmury czarne, ze smugami do ziemi, trzeba wiać idzie na burzę. Skręcam w drogę na Borki i Swolszewice Małe, ale leje już mocno. Zaczyna silnie wiać, drzewa gną się, gałęzie fruwają. Szukam miejsca gdzie by u stanąć z dala od drzew, a tym czasem widzę przed sobą wąski pas betonowej jezdni wśród wzburzonych fal. Staję jak wryty, wycieraczki w samochodzie na najszybszych obrotach. Z przerażeniem patrzę na fale jakie walą o zaporę, przez którą właśnie miałem przejechać. Za żadne skarby na świecie nie odważę się jechać dalej, zresztą przez kilka minut które trwały okropnie długo nikt nie przejechał po koronie zapory. No i ta głupia myśl jak mnie ten wiatr zdmuchnie z moim blaszanym pudelkiem na kółkach to ...spóźnię się okropnie na umówione spotkanie i przybyć mógłbym w charakterze wodnego ducha, co wyzionął...
Uf... wiatr trochę ustał, deszcz także, jeszcze kropi ale mniej, ruszam w końcu, trzymam się samego środeczka drogi, jadę przez zaporę, mokro wszędzie, na boki nie patrzę nawet. Drugą stronę witam jak zbawienie. W wiadomościach potem same złe wieści, w okolicach Sulejowa ginie chłopiec jadący na rowerze, przygnieciony drzewem, gdzie indziej drzewo spada na samochód nauki jazdy. Ale o tym dowiaduję się dopiero wieczorem. Szybkości wiatru tam doszła podobno do 130 km, tak więc słuchając o cyklonach amerykańskich wiem, że nasz wiaterek się nie umywa, ale dla mnie wystarczy. Dojeżdżam do skrzyżowania - patrzę w lewo - Swolszewice Małe, patrzę w prawą stronę tez tablica - Swolszewice Małe. Wybieram skręt w lewo, okazuje się trafnie. Kilka zakrętów i jestem .. w trakcie wywiadu. Pani redaktor z Łodzi przeprowadza wywiad na temat agroturystyki, towarzyszę zatem, przy głaskaniu klaczy źrebnej, podziwianiu ślicznych małych prosiaczków, obok cielak też do młodzieży się zalicza. Na zakończenie pani redaktor buja się na nowej huśtawce, więc nikt już jej nie musi jej opowiadać o rozwoju agroturystyki. Wśród psiaków przechadza się dumnie kotek czarny, widać ze to kolejne przyjazne gospodarstwo. Za drewnianym płotem sąsiedzi też agroturystykę prowadzą. Popołudnie robi się słoneczne, a ja już nie szukam miejsca na nocleg, bo wolę we własnym.. tylko 140 kilometrów do własnego prysznica kusi. Wracam wiec szosą wrocławską dwupasmową i gładką (w zasadzie). W którymś momencie patrzę na licznik, że coś wolno jadę bo wszyscy mnie mijają a tu 120, zwalniam zatem do 80 i jadę sobie spokojnie prawym pasem. Nie minęło kilka minut i nagle zaczynam wolno doganiać wszystkich co juz dawno uciekli . Kontrola drogowa tak ich spowolniła, kilku czeka na poboczu z dokumentami w dłoniach jak z książeczkami do nabożeństwa. Mijam ich dostojnie, za chwilę znów jadę sam, pozostawiony .., a co mam się spieszyć. Dojechałem na dziennik.

27 kwietnia
2007
Szydłowiec,
Pińczów
Busko
Zalipie,
Wiślica,
Nagłowice

Jazda zatem o świcie samym w niedzielę niedawno minioną. Pojechałem najpierw na Pińczów bo tam podobno świta. Brydżyści z Podkarpacia twierdzą że, tam dnieje. I bądź tu mądry. Miasteczko pierwsze gdzie się zatrzymuję to Szydłowiec - ładne, ale mało rozmowne, bo kilku zaspanych Panów dopiero przeciąga się na ławkach, po wczorajszym spożyciu, a reszta śpieszy na mszę. Kościół piękny i stary, obok pomnik Kościuszki Tadeusza, co odwiedził Szydłowiec w 1920 roku i tam został. Na pomniku w prawej ręce szablę trzyma, a lewą pokazuje na Ratusz. Czy już pomniki też do polityki się mieszają? Zamek tu też jest co go Szydłowieccy zbudowali, a Radziwiłłowie poprawiali i tak został: późnogotycki, a wczesnorenesansowy. Dokoła Zamku fosa, mężowie tych Pań co na msze poszły, siedzą i obiadu z ogonkiem wypatrują, wędki mocząc. Rzeźby też wszelkiej dostatek od ludowej po współczesną. Tynk odpada niestety okropnie i całość zdecydowanie lepiej wygląda z pewnego oddalenia. Warszawo pomóż. Daj dotację kulturalną koniecznie. Bo Zamek był już i składem zbożowym i składem piwa, a teraz tak się składa, że muzyka i rzeźba tam mieszkać może. Dwa dni tam Poniatowski kwaterował, więc odmalować się należy. Pińczów odwiedzam bliżej południa. W słońcu piętrowe domki odmalowane pastelowo na tle białego kościoła. W parku zieleń jeszcze nieśmiała, ale tubylcy wołają, żeby nie "kamerować", bo się do wina nie dokładam. Czysto, kolorów moc, a jedno blade oko nastroju nie psuje. Potem Dąbrowa Tarnowska, natykam się właśnie na grupę młodzieży z Izraela, co trasą pamiątek dawnych jedzie na marsz żywych do Oświęcimia. Synagoga zieje oczodołami pustych okien, zdewastowany budynek na tle policyjnych siedzib i ich żółtych ścian obok wygląda okropnie. Samo miasteczko zadbane, skwery, park, wokół miłe domki z kolorowymi sklepami. Kiedy tam byłem temperatura na ratuszu - 20 stopni, a mieszkańców na tablicy - liczba 11.720. Może przybył już jakiś nowy dąbrowszczanin tarnowski. Plac Mickiewicza, a za nim kościół ogromny choć mniejszy jak w Licheniu, na placu pustym robi wrażenie. Obelisk, pomniczek niewielki z herbem postawiony blisko, bo się bracia Lubomirscy pojedynkowali i jeden z nich, kawaler maltański poległ był tu właśnie.

Zalipie blisko chyba 12 kilometrów więc koniecznie odwiedzić trzeba, malowane domy, cembrowiny, straż pożarna, i ośrodek zdrowia. Wszystko we wzorach ludowych i kwiatach malowanych. Jedna dama miła jak tylko biały samochód zobaczyła pędem chatę otwarła, gdzie dzbanek malowany do nabycia się do dziś znajduje (25 zł), a obejście czyste, malowane pięknie. Zaprosiła mnie i na swoje kuchenne pokoje gdzie córka zdobi kwieciście. Ma w Zalipiu swój oddział muzeum tarnowskie, a jest to zagroda Franciszki Curyłowej, jednej z wiejskich malarek co cała zalipiańską sławę zaczęła. Poduchy białe, ale skrzynie, makatki, obrazy święte i piec cudny - wszystko w kwiatach, kłosach i roślinnych motywach. Jechać podziwiać, kupować drewniane noże do masła, deski zdobne, dzbanki i inne cuda.
Busko-Zdrój moim celem - dojeżdżam szybko. Miasto może mniej ciekawe, przez środek ruch okropny - droga do Krakowa, Tarnowa ruchliwa. Poniżej miasta - uzdrowisko, wokół Parku Zdrojowego kilka ulic, w tym pięknych willowych z pensjonatami - już inne zupełnie. Park z muszlą koncertową, restauracją, kawiarnią (niezłe lody ..Koral), wiewiórki liczne, kuracjusze, posiwiali nieco żwawo na zabiegi rano pędzą. I ja tam byłem i wodę siarkową piłem i dałem nogę bo bałem się że mnie jeszcze na koncert operowy zaciągną. Dyrekcja sanatorium przekazała mi wiadomość, ze spotkać się nie ma jak i po co, a miła Pani od marketingu przekazała mi to z uśmiechem. Marconi tak się zwie ten szef od siarki w wodzie pitnej, zajęć ma mnóstwo, bo akurat wywiady i telewizja, i gazeta - bo sezon się zaczął. W innym gabinecie przyjęto mnie bez zapowiedzi, ale to prywatne leczenie i dba o reklamę. Co knajpa jaka to z wieczorkami zapoznawczymi i tańcami kusi, nic tylko się leczyć. Spanie wygodne, eleganckie i tanie .. też takie można znaleźć. Nawet 18 zł za noc, ale jak się kto uprze to i za 50 znajdzie. Tylko na jedną noc to lepiej z własnym śpiworem, bo tam wszyscy czekają na kuracjusza co choć tydzień zabawi, a nie tylko pościel pogniecie i pójdzie do innej .. placówki leczniczej. Z Buska wszędzie blisko, odwiedzam więc kilka gospodarstw agroturystycznych. Do jednego jeszcze muszę kiedyś wrócić bo to "Brzoskwiniowy Sad", a to moje ulubione futerkowe jabłka. Odwiedzam też miejsce, gdzie dzieci chore i kalekie, mają swój pierwszy kontakt z koniem (hipoterapia), gdzie wolna jazda na grzbiecie daje rozluźnienie, spokój i same przyjazne doznania. Na podwórzu powitał mnie pies ogromny ruchliwy także, ale ponieważ nie dobiegł bym do furtki w odpowiednim czasie, wolałem się grzecznie przywitać. Zapach moich portek widać do zniesienia, bo tylko pod leniwą obserwacją pozostałem. Koza, koty, i pieski inne, że o koniach nie wspomnę wszystko uwieczniałem aparatem. Dyskretnie wstrzymałem się tylko z fotografowaniem, kiedy obok gospodarz konika "słusznej miary" do nieco wierzgającej klaczy podprowadzał. Codziennie wyjazd, i powrót bo nocleg w Busku. W dwu pensjonatach, żeby ślady zatrzeć, a i na wypoczynek jakiś gości namówić. W jednym to i restauracja i kawiarnia nowe, a jedzenie takie że placek węgierski do dziś czule wspominam, choć tak dobry jadłem 25 lat temu w dawnym Cristalu - Budapeszcie na Marszałkowskiej. Jednego dnia wyprawiłem się do Wiślicy, która pierwsza ponoć chrześcijaństwo przyjęła, bo misę chrzcielną gipsową z IX wieku tam znaleziono. W Wiślicy słynna kolegiata, obecnie do rangi bazyliki mniejszej podniesiona i dom Długosza. Stare mury ciekawe bardzo, a w środku dysonans: garaże księdza proboszcza świeżo bielone, które tak tu pasują jak antena satelitarna na wieży zamkowej. Z Wiślicy trzeba koniecznie do Nowego Korczyna bo tu przeprawa promem przez Wisłę do Borusowej czyli granica świętokrzyskiego i  małopolskiego. Frajda niesamowita dla obserwujących, a ponoć jeszcze większa dla odważnych kierowców małych samochodów zjeżdżających na stromy brzeg. Z wrażeń jak by tu samochodu nie utopić to niedaleko jadąc do wsi Górki jechałem miedzy stawami wielkimi, gdzie znak ostrzega rysunkiem sugestywnym jak to autko do wody wpaść może. A tu akurat TIR ogromny ma wprost mnie jedzie, więc przytulony do krawędzi, prawie nogą macałem czy nie spadnę. Widać minę miałem nietęgą, bo kierowca zwolnił i mijaliśmy się dostojnie i bezpiecznie. Z wrażenia pędem na fasolkę po bretońsku. Polecam ogromnie w miejscowości Zagórzany, bar tam czy zajazd przy drodze, ale potrawy gotowane na miejscu, nie z torebki zamrożonej. Misa jak dla Reja przygotowana, i słoninka i kiełbaska i co tam jeszcze się do fasolki w sosie należy, nie mogłem nie zjeść, choć wysiłek to niemały - taka porcja. A co do Reja to i u tego Pana żarłoka byłem w Nagłowicach, a opis jego apetytu wisi w uroczym małym muzeum. Chyba to jedyne Muzeum co ma i tanie pokoje gościnne, bibliotekę i park. Bilet tylko 3 złote, a są i ulgowe.
Na zakończenie podróży miłej o Imć Reju wspomnienie opata sulechowskiego - Józefa Wereszczyńskiego: "...Albowiem zawdy kiedy przyjechał pudło śliw jak korzec krakowski, miodu prasnego pół rączki, ogórków surowych niewielkie niecułki, grochu w strączkach cztery magierki, na każdy dzień na czczo to zawżdy zjadał. A potem z chlebem garniec mleka, jabłek kopę, a pół tryguja gniłek zjadłszy, do tego sztukę mięsa, kilka półmisków zmiótłszy - czupryny, kapuście kwaśnej potem dorobił mało już o żabki włoskie dbając. "

Noclegi:  dolnośląskie kujawsko-pomorskie lubelskie lubuskie łódzkie małopolskie mazowieckie, opolskie podkarpackie, podlaskie, pomorskie, śląskie, świętokrzyskie warmińsko-mazurskie wielkopolskie, zachodniopomorskie

         Hotele KRAKÓW          Hotele WARSZAWA          jesteśmy w: DodajStrone.pl

Internet (wpisy, aktualizacje, poprawki): Marek Lewandowski  tel. 0 501 153 348, 0 500 438 058; 022 258 33 12  
Copyright © 2004-2010  M. Lewandowski   http://www.123noclegi.info   123@123noclegi.info     www.123noclegi.pl