|
 |
Dziennik podróży po kraju czyli wakacje przez cały rok.
Choć to nie jest za bardzo prawda, to jakże miło brzmi - inaczej
mówiąc:
tam i z powrotem.
|
|
czerwiec
2007 |
|
18-20
czerwca
2007 |
Warszawa, Busko-Zdrój,
Kurozwęki, Korytnica, Zalew Chańcza, Szydłów, Śladków Mały, Wiśniowa
Poduchowna, Baranów Sandomierski, Sandomierz, Leżajsk, Samoklęski,
Dukla, Warszawa. Tą "krótką" trasę przejeżdżam w trzy dni, z
błądzeniem, objazdami i dopuszczalnymi zboczeniami według zabranych
atlasów - licznik pokazał 1400 km.
Poniedziałek wyjazd prawie przed świtem, tankuję jak zwykle na
stacji JET - 4,23 już nigdzie później nie spotykam takiej ceny, a
raczej w granicach 4,40 - 4,56. Niestety "gorączka podróży" wpłynęła
i na mój czasomierz. Dziwiłem się ze na stacji jeszcze szaro, a to
dopiero minęła 3 w nocy zamiast planowanej 4-tej. Trudno wieczorem
padnę niewiele rozumiejąc z dziennika, o co dziś nietrudno nawet
wypoczętym, ale na "szkło kontaktowe" raczej szans nie mam. Jak
zwykle o tej dziwnej porze jazda dość spokojna, tak że ląduję w
Busku całkiem rano. Jakoś nie miałem nastroju na świt w Kielcach,
choć niedawno w Tomaszowie spędziłem całkiem przyjemny poranek.
Obrabiam "Paulinkę" co brzmi nieco groźnie, ale to tylko piękny dom,
gdzie można wypocząć przed i po trudach sanatoryjnych zabiegów.
Zdjęcia zrobione, coś chyba zgłodniałem, a tu w willi na sąsiedniej
ulicy - napis śniadania. Wchodzę przed 10, już wszyscy jedli, ale w
5 minut jest wędlina ser, herbata, pomidory - uczta cała - 10 zł.
Już miałem się zainteresować co na obiad, ale .. w drogę, bo może w
pałacu będzie jeszcze lepiej?. Jadę do Kurozwęk. Dojazd bez kłopotu
bo znaki wszędzie i białe tablice informują dokładnie gdzie skręcić.
Wjeżdżam na teren parku, pod budyneczek z kamienia gdzie sprzedaje
się bilety wstępu. Miły młodzian jak się dowiedział że będę robił
zdjęcia a także może spał i jadł w tych włościach zaraz zaprowadził
mnie do odpowiedniego pawilonu - gdzie karmią ..dosyć obficie. Obiad
do 20 zł, ale kotlet z dodatkami ledwo się mieścił na talerzu,
zjadłem dwa, bo dopiero po 19 poprosiłem o coś, co z obiadu zostało.
Jak widać obsługa miła, bezkonfliktowa, nawet przyjazna bo kto to
widział gdzie indziej obiad podawać po 19 jeszcze do tego świeża
sałata w sosie winegret, że o mizerii nie wspomnę. Sam pałac piękny,
obok dwa pawilony czyli oranżeria i oficyna. W jednym z pawilonów
jadalnia, z pięknymi dwoma salami, ale urok podawanych dań nie
pozwala na architektoniczne kontemplacje. Śpię na piętrze haa
którym?
Bo po wejściu na wysoki parter sala skór bizonich i pamiątek
związanych z hodowlą tej dzikiej krowy amerykańskiej + model pałacu,
kilkanaście schodów wyżej ogromna sala, gdzie tylko zaprosić gości w
strojach dawnych i jakąś orkiestrę z barokowym repertuarem. Ja
wędruję wyżej więc chyba to 2 piętro. Jest mój pokój, ale jeszcze
schody się wspinają. Pokój ogromny bo dla 4 osób więc muszę nieco
polatać w kółko, gdzie by się tu położyć. Łazienka ogromna, wanna,
prysznic woda ciepła i już chcę ..do łóżeczka, ale jeszcze na mały
spacer trzeba. W pobliżu małe zoo, bizony, strusie, króliki też.
Wagoniki przygotowane do przewozu dzieci, które pewnie jutro
przyjadą z wycieczką, bo teren do zwiedzania wymarzony. Całe
szczęście że Pałac wrócił do dawnych właścicieli Popielów, bo dzięki
temu powróci do dawnej świetności, a przyjazny stosunek do gości i
przyzwoite ceny mają też ogromne znaczenie. Park pałacowy piękny, z
ogromnym platanem (?) który jak pałac będzie pozował do tysięcy
zdjęć. Jakaś ekipa z kamerą nie bardzo zadowolona, bo widać młoda
dama "co kręci" ma jakieś wymagania do obsługi, ale w końcu ma
jeszcze 50 lat przed sobą, to uspokoi się z czasem. Następny dzień
rano słoneczko po deszczu, a więc pogoda dobra i na zdjęcia i
dyskusje z gospodarzami. W pobliżu warto zwiedzić Szydłów - to tylko
8 kilometrów a wieś ciekawa, bo to dawne miasto jeszcze przez króla
Władysława Łokietka lokowane w 1329 roku. Rynek ogromny ze studnią,
wokół sporo sklepów z delikatesami czynnymi 24 godziny. I tu
znajduję coś dla "ducha" czyli gruby na pięć palców placek drożdżowy
z kruszonką. Pakowany w folię mimo licznych podskubywań dotrwał do
warszawskiej kawy, gdzie go z lubością wykończyłem. Zabytki
poczekają, a bez napędu to i koń... Tak więc wracamy do murów
obronnych, wieży Krakowskiej, stojącej w pobliżu Synagogi i kościoła
św. Władysława z XIV wieku. W równej zgodzie choć nieco dziwnym się
to wydaje w obrębie starożytnych prawie murów obronnych ..dwa boiska
do piłki kopanej, szkolnej. Rozglądam się i widzę 20 metrów od murów
starego budynku muzeum nowoczesny budynek niebiesko-granatowy,
przeszkolony nowocześnie, a obok jeszcze jeden, już zwykły szarak
jak kostka nudnej szkoły. Tak to właśnie tu umieszczono gimnazjum i
szkołę podstawową z dwoma boiskami, co nieco szokuje przybysza, ale
może to taka miejscowa ciekawostka. Widać jakiś miejscowy decydent
miał taką wizję i musi tak zostać. Kiedyś w Budapeszcie pokazywano
mi z oburzeniem jak na terenie najstarszych murów budowano hotel
Hiltona. Przynajmniej dzieci mają bliżej i historię poznać i pokopać
piłę można, a i czasem strzelić z zabytkowej armaty?.
Krążąc po okolicy odwiedzam zalew, który nazywa się Zbiornik Wodny
Chańcza (tak się właśnie pisze, Hańcza jest w nieco innym rejonie).
Zbiornik powstał na rzece Czarnej Staszowskiej i ma 470 hektarów.
Jak się dowiaduję z tablicy na koronie zbiornika, powstał on dla
zabezpieczania wody dla kopalni siarki w Grzybowie, stadniny koni w
Kurozwękach (te to piją), gospodarstwa rybackiego (ryba też swoje
wypije) i ośrodka zarybieniowego. Jest tu ośrodek z łódkami i
żaglówkami, i piękna wieś obok z gospodarstwami agroturystycznymi.
Ta wieś to Korytnica. Warto tu przyjechać, zakotwiczyć na dni parę,
żeby mieć miłe i ciche miejsce do wypadów krajoznawczych w okolicę.
Tydzień by mi ledwo starczył żeby ważniejsze ciekawostki poznać.
Ludzie tu mili, gospodynie
życzliwe i ..gotujące. Tak więc większość ofert to nie tylko spanie
w wygodnych pokojach ale i domowa kuchnia z własnymi produktami, bo
i kiełbaska swojska się znajdzie i wszelkie mleczne wyroby. Z
jednego domku robię zdjęcia zalewu bo to blisko, aby potem przez
zoom aparatu z drugiej strony wody poszukać znajomego dachu.
Najbardziej urocze miejsca, znajdują tylko fachowcy od grzybobrań,
bo dopiero wjeżdżając w las polną drogą, ale nieźle utwardzoną,
znajduję dwa śliczne miejsca w lesie sosnowo-brzozowym, gdzie
okolice niby dzikie, a ogrody tak wypieszczone jak by tu jakiś klan
ogrodników się osiedlił. Chciałbym tak mieszkać kiedyś; z jednaj
strony las wchodzący niemal na podwórko, z drugiej ogród, a za nim
piękne łąki zielone. W ogrodzie przy kawie zapomina się o upływie
czasu, miło gawędzi i ..szuka pretekstu jakby tu jeszcze wrócić.
Czas jechać dalej..
Szukam usilnie na mapie wsi
Śladków Mały i wychodzi mi ciągle ze trzeba jechać na Jędrzejów
potem pierwsza w lewo i tam ma być. Oczywiście znajduję Śladków Duży
i .. szukam raz jeszcze, śmieją się ze mnie na stacji benzynowej
swojaki, bo to przecież zaraz tu za zakrętem. Okazuje się ze..
wszystkie drogi albo dróżki jakie znajduję po prawej stronie szosy
krajowej prowadzą do wsi jest ich 4, albo 5 i która właściwa ten się
dowie co skręci i zacznie szukać właściwego numeru. Sklepów tu
dostatek malutkich i tam wszystko Ci powiedzą ale nie po numerach, a
po nazwiskach i już znalazłem uff..
Ze Śladkowa z powrotem nieco na wschód do wsi
Wiśniowa Poduchowna, po drodze mijam jedną Wiśniową, drugą Wiśniową
i Poduchowną też, dopiero jak mijam szkołę i znajduję na płocie
duży, zielony napis KONIE to już wiem że dobrze jadę. Tak docieram
do HARLEJÓWKI czyli gospodarstwa Państwa Włodarczyków. Z prawej
słyszę końskie rżenie, z lewej głuche tony poszczekujących
pieseczków. Śliczne białe i ogromne owczarki podhalańskie z jednym
myśliwcem witają mnie pierwsze. Poznam je zaraz osobiście, ale na
razie robię dobrą minę za płotem. Pan Adam pokazuje mi domowe zoo,
otwiera wrota do stodoły a tu wybiega koziołek jeden, drugi, kucyk,
za nimi ..lama, gromada kóz, kaczki dostojne i ..bocian domowy, i
świnia (czarna wietnamska, podobno przyjazna choć nie witaliśmy
się). Szybko robię zdjęcia bo zwierzaki rozpędzone ale nie na mnie
lecą, tylko na skałki, jakimi obudowano starą ziemną piwnicę i po
chwili dumnie lama i kozy pozują z góry do zdjęć. Na jednym mam
pyski jak roześmiane na drugim same ogony.
Idziemy do koni, To koniki polskie, łagodne, ale
dostojne i piękne. Jakaś taśma mnie od nich dzieli ja pcham się z
aparatem, opieram o taśmę żeby lepiej wyszło, a tu gospodarze
odciągają mnie szybko , bo wiadomo nie szkolony to i na elektrycznym
pastuchu chciał się powiesić. Patrzą wszyscy zdziwieni że mnie ani
koń, ani prąd nie kopnął, a ja jak w starym dowcipie - tylko zły
przewodnik. Na spokojnie już podziwiam domowego bociana co na zimę
zostanie, bo skrzydło marne, a w domu świeżo przyniesiona pustułka,
co gdzieś spadła i tu ją przyniesiono na leczenie. Okazuje się, że
będą tu lecznicze jazdy konne dla dzieci, małe zoo i lecznica dla
zwierząt też i hodowla piesków (osobno za drogą). Idę w końcu do
tych futrzaków przyjaznych wielce, ale gdzie takiego pieska męczyć w
warszawskim bloku. Byłem może ze 2 godziny a wrażeń jak za dwa dni.
Na starej cegle piwnicznej napis murarz zostawił choć do góry nogami
da się odczytać - 1938. Spoglądam jeszcze na kozła przywiązanego na
łące, bo wszystko bryka wokół swobodnie, a ten tam żuje
filozoficznie. Ma karę właśnie, bo jakoś tak sobie upodobał
drewniane ploty, że rozpędza się i TRYK, płot albo pada labo dziura
wielka, a on właśnie poszerzył sobie horyzonty.
Do Baranowa Sandomierskiego całkiem blisko więc trzeba kolejny zamek
i park zobaczyć. Albo oznakowanie nie takie, albo już zmęczony
nieco, jadę jakoś dziwnie, w końcu konstatuję że trzeba tak się
ustawić żeby mieć Tarnobrzeg za plecami, to się trafi akuratnie. I w
końcu jestem. Oczywiście jako przyszły gość hotelowo-zamkowy
wjeżdżam nie bez dumy na teren Parku, ale miły recepcjonista studzi
moje zapały podając cenę w końcu trzygwiazdkowego hotelu. Stawiam
grzecznie przykurzone juz nieco autko na parkingu i idę zwiedzać. To
mały Wawel jak opowiada Pani przewodniczka bo przyłączam się do
wycieczki, która pędzi z Wybrzeża na Kraków. Tu właśnie w XVI
wiecznym Pałacu kręcono sceny do serialu "Czarne Chmury:, krużganki
piękne, ławy, ogromne sale też, najbardziej ciekawe stropy misternie
malowane, herbów pełne. Na murze zamkowym zegar słoneczny z
łacińskimi napisami AMICIS QVALIBET HORA, co jak wiadomo, każdy
gimnazjalista klasyczny przetłumaczy bez trudu o dowolnej przyjaznej
godzinie (najlepiej przedwojenny).
Na murze znajduję też tabliczkę wysoko nad głową, gdzie oznaczono
poziom wody - czyli wylew Wisły 10 lipca 1867 roku. W parku piękna
fontanna blisko i pomnik pięknej nagiej nimfy, co tylko korale do
siebie przyciska, czyżby tylko to jej zostawiono? Inna nieco dalej
też naga choć kamienna rękę podnosi i nawołuje, ta przynajmniej ma
nadzieję.
Ponieważ od dziecka czytam wszystko chętnie i czasem z uwagą,
znajduję kartę menu restauracji Magnackiej, gdzie jako ciura jeno
wchodzę ostrożnie i po zrobieniu zdjęć, szlachcie wypchanej nieco i
rozstawionej po kątach zmykam do lektury. A tam pyszni się wśród dań
regionalnych "coś" czyli Chopcie Lasowiackie w porowym sosie, co
tłumaczy się śmiało jako Laskowiackie stuffed cabbage in a leek
sauce. Cena 16 zł za 220 g nie wydaje się wysoka jak na
Magnackie progi. W tej samej cenie znalazłem wśród przekąsek
gorących - sakiewkę faszerowaną szpinakiem z serem. A łotry, a gdzie
dukaty? Sakiewkę złota pozbawili i szpinakiem napychają. Kto to
widział i na co przyszło, tylko sromota. Już zmrok zapada, ale park
piękny krzewy w labirynt przystrzyżone i znów dama piękna i naga,
dumnie włosy poprawia na kolejnym pomniczku. No i morał taki mi
wyszedł; nalatać się trzeba, drogi naszukać do tej pięknej, a tu
może się okazać ze chłodna jakaś.
Opuszczam perłę renesansu, aby na rynku w Baranowie znaleźć
dziewczynę prostą, ubraną w suknie chłopską do ziemi i w chuście na
głowie, i ze skopkiem w rękach, choć bosa, wody nabierze zaraz i
przyniesie. Dziś nocleg nie zamkowy, śpię w motelu WISŁA. Mało już
do mnie dociera co telewizor gada, no snu kołysze mnie syrena Tira
wyjeżdżającego ze stacji benzynowej na przeciwko. Zasypiam utulony
zapachem placka węgierskiego, który za 10 zł dostarczył głodnemu
żołądkowi chwili pięknej i wzniosłej.
Rano załoga śpi, a ja od piątej szykuję się do wyjazdu w końcu po 6
wrzucam gdzieś klucz pod drzwiami i pędzę.. do Sandomierza. Od rana
samego już na miejscu oglądam ratusz i przed nim kotwicę z łańcuchem
co nieba się trzyma we wzwodzie szalonym. Dość śmieszne to robi
wrażenie, ale po 7 rano nie można się niczemu dziwić, nawet temu ze
juz totolotek czynny i można wysłać kolejny naiwny kupon - bo
kumulacja.
Stare domy pięknie odnowione, na ratuszu znajduje kolejny zegar
słoneczny, ale nic się nie dowiem bo wskazówki brak. Wokół wieży
ratuszowej gołębie krążą, a obok księgarnia nieczynna jeszcze i
lokalików moc. W uliczce obok pies mały jakiś jamnikowaty ujada z
balkonu ile wlezie, idę zobaczyć co mu się dzieje, a on pilnuje
pewnie tylko - pod balkonem i numerem 4 - napis Prawo i
Sprawiedliwość. Na otwarcie Kawiarni z Garkuchnią Staromiejskiej nie
doczekałem się, bo za szybko tu dotarłem, a trzeba dalej.
Kolejne miasto to Leżajsk
słynne organami w Bazylice Bernardynów i miejscem pochówku cadyka
Elimelecha. Pobożni żydzi wierzą, ze każdego roku, 21 dnia miesiąca
adar (kiedy to wg naszego kalendarza?) w rocznicę śmierci cadyka,
dusza jego wraca na ziemię i może przekazać prośby wiernych Bogu.
Wracam do organów - tych kościelnych oczywiście. Wrażenie
niesamowite, aż dech w piersiach zapiera misteria złoceń i bogactwo
rzeźb. Czegoś tak pięknego swoim ogromem nie widziałem, kiedyś muszę
tu wrócić żeby i posłuchać. To podobno trzy połączone instrumenty.
Bogactwo wnęk, bocznych ołtarzy robi wrażenie na każdym przybyszu.
Kilku panów rozmawiających po rosyjsku robiło sobie zdjęcia w środku
"na tle", jeden nawet położył się na kamiennej posadzce, ale o
leżeniu krzyżem nie było mowy. Robię jeszcze zdjęcia ratusza, ronda
i ..Władysława Jagiełły w koronie, i odjazd dalej na południowy
zachód, aż za Duklę.
Drogi fantastycznie pokręcone, raz w górę raz w dół, oczywiście
pojechałem skrótami co przełożyło się na dłuższą, ale o ile
ciekawszą jazdę. Jak oni to zrobili, że dziur brak, choć kręćka
można dostać i ręce bolą mimo że kierownica ze wspomaganiem. Robię
zdjęcia w Samoklęskach, które Długosz nazywał Sowieklęski i brzmiało
to chyba lepiej. Młode małżeństwo prowadzi tu zajazd a właściwie Dom
Weselny. Coś pięknego, sala na 120 osób z balkonem gdzie też można
biesiadować i obserwować bawiących się na dole. Bywałem na
Podkarpaciu na kilku weselach rodzinnych, ale w takiej pięknej sali
jeszcze nie. Podobno i dzik i prosiak na półmisku to nie rzadka
rzecz. Daleko ale jak tu zielono i pięknie. W Dukli mała przekąska
czyli moja ulubiona fasolka po bretońsku którą pożeram z
premedytacją bo nie czuję potem głodu do samej Warszawy. Dla
ułatwienia pojechałem przez Lublin, ale z powodu wykopów w Rzeszowie
łatwiej znalazłem drogę do miejskiego wysypiska ..śniegu jak na
stolicę. Na Lublin jazda z premedytacją bo tylko jedna naprawa dróg
i krotki postój przy wahadle pod światłami. Za to potem
przedzieranie się przez okolice ulicy Marsa już w Warszawie, krótsze
nieco, bo noc prawie. Do domu docieram w środę już blisko
22:30, oczy bolą od jazdy prosto w zachodzące słonce. Jedź kierowco
rano na zachód na wschód raczej po południu. Rada jak z kalendarza
zdzieranego. Amen. |
|
7-9
czerwca
2007
Dąbki, Jeżyce, Bobolin, Darłowo
i Toruń |
Jak
jechać to tylko o świcie. Święto Bożego Ciała połączone z niedzielą
dały dłuższy weekend i pretekst do wyjazdu - tak jak w zeszłym roku
z domowymi dziewczynami pędzimy nad morze. Kierunek Dąbki, które
awansować miały już do tytułu Uzdrowiska. Uzdrowisko czemu nie, a
może przy okazji to miłe miejsce dostanie nowe chodniki, bo okolica
super z piękną plażą nadmorską i płytkim jeziorem Bukowo.
Wyjazd o godzinie 400, 7-ką krajową do Płońska dalej
10-tką. Jeszcze przed Płońskiem widzimy samochód na dachu po
nieudanym skoku przez rów, obok pasażerowie cali, tylko jeden się za
nogę trzyma. Terenówka elegancka szybkość pewnie też i dachowanie -
tym razem bez ofiar. Identyczny wypadek widzieliśmy pod Bydgoszczą
(w drodze powrotnej), gdzie pasażerów zabrano wszystkich do
szpitala. Przez chwilę po takich widokach wszyscy jadą wolniej,
potem kiedy nawet mój staruszek rwie się ok. 120 km/godz., nawet
podwójna ciągła na zakrętach z wyjściem pod górę nie zatrzyma
szalonych oblatywaczy cudownych maszyn, co potrafią ho ho i ponad
200, ale jakby tak z tą prędkością ..na dach to już ...rybki w
tomacie.
Poranny wyjazd to nie tylko mój odkrywczy pomysł, a jadąc chwilę
trasą gdańską obserwujemy jak powoli ruch gęstnieje, odbijając potem
na Toruń jedziemy spokojniej nieco, a już za Chełmnem, pełen luz.
Dopiero przed Koszalinem znów gęściej, ale na Dąbki mało kto skręca,
wszyscy na Kołobrzeg. W ten sposób jak i rok temu meldujemy się na
pokojach Pani Lidii, rzucamy bagaże i ..najpierw coś zjeść - wiadomo
ryba. A skoro ryba ma być dobra, świeża i tania to mam już
wypróbowane miejsce - smażalnia gdzie starych gości wita się od
progu czyli u niezwykle sympatycznej Pani Bożeny Wenderlich na
Darłowskiej 21 (ostatni pawilon przed kościołem). Trzy dni po dwa
posiłki rybne i jeszcze dziś bym coś tam zamówił. Prawie cały
jadłospis sprawdzony od flądry (jedną znałem w Warszawie też) przez
halibuta, solę, po dorsza (o nim się mówiło kiedyś - jedźcie dorsze
bo są ryby gorsze). Wszystkich gatunków nie pamiętam, ale smażenie
super, nie wyczuwa się tłuszczu, ryba smakuje jak danemu gatunkowi
przystoi, do tego udana surówka. Piwa nie degustuję na starte lata
zbyt ochoczo, ale im bliżej plaży tym wydawało mi się że słodsze, i
jakby więcej deszczówki na beczkę napadało. Z sokiem imbirowym -
zdecydowanie dla znawców. Jeśli już przy urokach kulinarnych Dąbek
jestem, to od dawna, a łasuch jestem na słodycze - tak wspaniałego
pieczywa cukierniczego jak tam nie jadłem. Drożdżówki bardzo
poprawne, bo dla mnie tylko poznańska "szneka z glancem" jest
doskonała. Wszelkiego rodzaju ciastka kruche, beza japonka czy
ciastka w cenie 1 zł nie dość ze duże, to pyszne tak, że Niemcy
kupowali na wyścigi. Miałem blisko, więc zapas do domu zabrany też.
Cicho.. jest znalazłem fiskalny paragon i okazuje się ze te
pyszności firmuje ciastkarnia Państwa Makarskich. Plaża w Dąbkach
jakby węższa jak rok temu, morze więcej ludzi przyjechało bo pogoda
super, a może trochę piachu sztorm zabrał. Po krótkim spacerze w
stronę Bobolina i Darłowa - plaża znów szeroka i ..pusta. Choć w
Dąbkach wszędzie blisko, to jak już turysta poje tutejszych
smakołyków to po przejściu przez wydmy pada zaraz jak foka. No i
żeby tak bliżej być ..piwo-zdroju.
Morze nie nastraja do kąpieli zaledwie 14 stopni, ale po kilkunastu
minutach już się stopy przyzwyczajają, reszta kurczy się podobno
znacznie, więc mało kto się kąpie.
Z Dąbek pojechałem do wsi Jeżyce, gdzie uroczy mały
kościółek z czerwonej cegły i w dawnej parterowej wiejskiej szkole -
pokoje gościnne Pani Marii. Cicho spokojnie i cudowna droga do
spacerów wolnych, samochodowych i mijania się z ostrożnością
niezwykłą. Tu jeszcze stoją znaki z napisem - drzewa w skrajni.
Oznacza to jazdę w tunelu drzew, które rosną na skraju asfaltu, a
może to asfalt skazuje je właśnie na zagładę. Widać to nieco dalej w
Bukowie Morskim, gdzie wzdłuż drogi tną drzewa o obwodzie potężnym.
Szkoda ze nie przesadzają, tak podobno robi się w Niemczech, ale u
nas widać drzew dostatek. Samo Bukowo to wieś cysterska, gdzie
podobno już w połowie XIII książę Świętopełk ufundował klasztor, dla
zakonników z Maklemburgii. Przy okazji dowiedziałem się ze grangia
to gospodarstwo cysterskie składające się z spichlerza, stajni,
stodół, piekarni, młynów, warsztatów rzemieślniczych, i in. Tu
zakonnicy mieli prawo wytopu żelaza, prawo połowów i wiele innych.
Zdarzały się okresy świetności, a i upadku gospodarki także. W XVI
roku opactwo zlikwidowano - wprowadzono protestantyzm. Dziś parafia
polskokatolicka.
Dąbki same zmieniają się i rozrastają. Choć dalej nieco
od morza na południe od Darłowskiej (np. przy ul. Polnej) powstają
nowe ośrodki (np. ciekawy ośrodek domków 4-osobowych z łazienkami i
wyposażeniem za 160 zł na dobę), wykupuje się posesje pod przyszłe
pensjonaty - widać warto tu inwestować.
Obok
Dąbek wieś Bobolin. Jaka tam wieś - osada willi, pensjonatów,
ośrodków. Byłem w kilku - ceny podobne, atrakcje różne. Od własnej
rzeczki do łapania ryb pod domem, po piękny samodzielny domek dla
całej rodziny, gdzie można pomarzyć jak by to było miło mieć taki
domek na własność.
Jeden dzień poświęciłem na Darłowo. Jedna miejscowość, a z trzech
części się składa. Samo miasto z pięknym placem pełnym zabytkowych
domów wokół i fontanną rybaka pod urzędem miejskim. Jeden z budynków
to dom mieszkalny z 1604 roku. Czysto, domy remontowane w
większości, warto zobaczyć też pasaż czyli ul. Powstańców Warszawy.
Najciekawszy kościół to św. Gertrudy, który powstał pod koniec XV w.
Dwie pozostałe części Darłowa to dzielnice: Darłówko Zachodnie i
Darłówko Wschodnie. Oddalone od miasta o 2 km połączone szybką
komunikacją miejscowych busików. Pomiędzy Darłówkami przejazdu nie
ma, tylko przejście piesze, ale i tu i tam warto zajrzeć. Pensjonaty
przy Admiralskiej czy Bosmańskiej podobne czyli jak mówią miejscowi
"gierkowskie projekty", ale jednak każdy po latach inny nieco,
wystrojem, balkonem, dobudówką czy ogrodem pięknym.
Z Darłowa i Dąbek powrót w sobotę, bo ...będzie
luźniej, a i burze nas mają gonić. Po drodze - wypadło by coś zjeść
bo pora obiadowa. Nic ciekawego nie widać, już zaczynamy się
zastanawiać nad barem przy jakiejś stacji benzynowej, a tu nagle na
skrzyżowaniu zajazd. Magwoj ten zajazd się nazywa, wieś Kamionka
gmina Chojnice. Zajazd duży, sale piękne, przestronne i jasne,
załoga damska młoda, jedzenie dobre. Ale gust dekoratora wnętrz
okropny. Zamówiłem flaki - podwójna porcja 7 zł. Zabieram się do
jedzenia i rozglądam się za przyprawami, ale w zasadzie nie wiem co
dolać czy dosypać. Z każdą łyżką rośnie mój podziw dla kucharza, bo
smakują wybornie i przyprawione akuratnie. Rozglądam się zatem
ciekawie po ścianach, a tu widzę jakaś seria 4-5 obrazków i do tego
jeden większy. Ramy ładne, ale co na tych obrazkach nie wiem. Ciemne
plamy przygnębiają, ale nawet jak abstrakcja to jakaś dziwna.
Podszedłem bliżej a tu ślad został i cień jakby wiatraków z których
to czarne "coś" na obrazek wyciekło. Zaciekawiony idę do sali
sąsiedniej. Malarstwo niby realistyczno, kwiatowe ale chyba artysta
domowego chowu, akademii nie liznął i gust makatkowy. Szkoda
pięknych wnętrz. W sali głównej meble przyzwoite, a na tarasie
ordynarny plastik najtańszy jaki był w najbliższym markecie.
Foteliki po 20 zł nie rażą na działce, ale tu nie pasują zupełnie
choć śnieżnobiałe. Pasowała by wiklina, a jeszcze lepiej rantan.
Przynajmniej adekwatnie do całej architektury i cen dań drugich.
Ogólnie smacznie, ale dla żołądka. Dalej w trasę, bo skoro Toruń po
drodze, to żadne objazdy tylko na Starówkę toruńską trzeba jechać.
Dziewczyny mówią, że każdy piernik stary do miejsca właściwego
dostarczony być powinien, stajemy zatem na placyku, gdzie z jednej
strony Collegium Maius Uniwersytetu Mikołaja Kopernika, z drugiej
Kościół Wniebowzięcia Marii Panny, a z trzeciej okrąglak więzienny.
Zastanawiamy się od jakich nauk powinien człowiek zacząć. Pomodlić
się nie zaszkodzi, dostać się na uniwerek też pięknie, a i westchnąć
od opatrzności trzeba aby więzienia nie poznać od środka. Rynek
toruński przepiękny, dostojny, ale i wesoły licznymi ogródkami i
stoiskami handlowymi w miłych drewnianych budkach. Straż miejska
liczna, dlatego podobno towar w budkach nawet się zostawia. W
Warszawie nie do pomyślenia (dla niektórych) tu wywalono cały
legalny handel z obrębu Rynku, by zrobić miejsce dla lepiej
opłacających się??!! (komu?) handlarzy nielegalnych z
plastikowo-łancuszkowo-obrazkową tandetą. No i nie ma co porównywać
obu Starych Miast, bo choć historia inna to i dzień dzisiejszy nie
taki sam. W Toruniu widać dbałość, troskę o turystę, zadbano o
wygody wszelkie, a i uprzejmość ułatwia życie. Wiadomo turysta też
czasem musi. Zapytałem w restauracji Steak House o ..toaletę. Miły
kelner zaprowadził pod drzwi przybytku i oddalił się. Wychodzę i
chcę płacić, miseczki na datki dla babci klozetowej brak. Uprzejmy
Pan żegna i zaprasza znowu, informując że tu nie płaci się za
toaletę. Sioux zaprasza na dania meksykańskie, shaoramy i kebaby.
Jasne ze tam zajrzę w porze obiadowej, następnym przejazdem.
Pierników dostatek, w końcu jesteśmy w Toruniu. Naliczyłem w
promieniu 100 m - 3 sklepy jeden bardziej firmowy niż drugi.
Kupujemy zapas Katarzynek w sklepie firmy "Kopernik" na ul.
Żeglarskiej, trochę pierników w czekoladzie i jeszcze jakieś
piernikowe wyroby - w sumie reklamowa torba prawie pełna. Dumni
wychodzimy a tu lepsi klienci bo pierniki na kartony wynoszą. Wiedzą
co robią. Zmęczeni siadamy w ogródku przed piernikową oazą - kawa
obowiązkowo. Smak nieco wodnisty (5 zł) widać woda widać inna tu
nieco, dla rekompensaty - uśmiech młodej kelnerki co ciśnienie też
podnosi. W sumie 5 z plusem. Nawet Kopernik w Toruniu na pomniku
roześmiany, a warszawski jakiś zadumany - czyżby miał powody?
Deszcz przed Warszawą zmywa kurz podróży, samochodzik odzyskuje
kolorek właściwy. |

|