123@123noclegi.info

NOCLEGI w POLSCE


CENNIK
reklama roczna od 24,40


0 501 153 348
(wpisy)
0 500 438 058 (reklama)

Informator o noclegach w Polsce oraz usługach związanych z turystyką.

 

Dziennik podróży po kraju czyli wakacje przez cały rok.

lipiec 2007

17 -19 lipca 2007
Mielnik, Sutno,
Niemirów,
Homoty, Siemiatycze, Drohiczyn, Sarnaki, Goniądz,
Dobarz.
 

Tym razem ruszam we wtorek, bez pośpiechu bo z perspektywą prawie tygodniowego pobytu na Podlasiu. W Warszawie do 35 stopni w cieniu, ale im dalej na wschód, a potem północny wschód, tym przyjemniej. Wyjeżdżam mostem Siekierkowskim, potem krajową 2-ką, ale mimo że jazda w miarę swobodna, to za dużo sąsiadów na drodze. W Kałuszynie skręcam na drogę gminną (akurat dzień targowy, ale się nie zatrzymuję). Spokojna jazda wśród zieleni i drzew aż do 62-ki, mijam Węgrów, zatrzymuję się w Sokołowie Podlaskim, gdzie wrzucam listy na poczcie. Po kilku dniach okaże się, że jeden z adresatów uznał chyba, że takie małe rachunki go obrażają (za kwotę 61 zł) i zrezygnował z reklamowania swojej Armatniej Góry w Nałęczowie. W sumie nie dziwię się - najbardziej ruchliwa trasa przez Nałęczów (Kazimierz - Lublin).
Będąc już na 62-ce krajowej jadę prosto, prosto i tylko na wschód. Za Siemiatyczami już tylko droga wojewódzka, ale jazda przyjemna, skręcam po chwili na Mielnik. Zatrzymuję się u Pana Jerzego, szefa miejscowego Stowarzyszenia Agroturystycznego. Uroczy drewniany domek z pięterkiem, gdzie miłe pokoje z tarasem, aneksem kuchennym. Będę spał w drugim domku parterowym, na zielonym podwórku samochodzik w cieniu, wejście osobne z własnym kluczem. W stodole - muzeum przydomowe można powiedzieć. Dawne sprzęty gospodarskie zbierane po wsiach okolicznych i ..bogaty zbiór hełmów różnych armii. Samo miasteczko bardzo czyste z dużą ilością zieleni, kościół katolicki, cerkiew (najstarsza parafia prawosławna na Podlasiu), remiza miejscowej straży z pomniczkiem św. Floriana. Jest i przystań nad Bugiem, gdzie wypożyczalnia kajaków i ..rowerów, gospodarstw agroturystycznych sporo do tego ciekawy z restauracją Pensjonat Ostoja. Budynek gminy odnowiony, tablice informacyjne z planami i dojazdami i informacja turystyczna jest, bo wójt wyznaczył - tylko na urlopie chwilowo. Tak to bywa z narzuconą z góry troską o turystę. W kilku miasteczkach czy wsiach gminnych spotkałem się z tym, że informacja turystyczna ma być, a że nie ma funduszy na osobne lokale, personel i materiały - wyznacza się kogoś z personelu administracji, albo nawet Panią co sklep czy księgarnię prowadzi, bo przy okazji może jakiś folder sprzedać. Ale jak coś województwo wyda nawet, to już nie informuje niżej, żaliły się dziewczyny. Nie mniej jednak łatwo wszystko znajdziemy bo plany na tablicach i informacje wszelkie są. W Mielniku mieszkania różne, ale przypadło mi do serca miejsce na ul. Sadowej z pięknym zadbanym kwiatowym ogrodem, a na Brzeskiej mały zielony domek gdzie czysto tak, aż wchodzący sam buty zdejmuje. Tuż za Mielnikiem - Sutno - wieś długa (ulicówka), gdzie też ze trzy gospodarstwa gościnne, jedno z ogromnym podwórzem, całym w zieleni, raj dla dzieci, bo i domowych tu trochę i cały teren ogrodzony. Na końcu wsi jadąc na wschód jeszcze - mały domek na zielonej ogrodzonej działce z wiatraczkiem. To cały domek z 5-cioma pokojami do wynajęcia dla grupy przyjaciół czy większej rodziny. Miły przytulny, może by tak się tu na grzyby wybrać? Jadę jeszcze kilka kilometrów dalej na wschód, żeby do granicy białoruskiej dotrzeć. Dojeżdżam do wsi Niemirów. Tu w promieniu 2 kilometrów kilka granic; państwowa z Białorusią i zbiegają się województwa - lubelskie, mazowieckie i podlaskie. Sama wieś duża rozległa z dużym kościołem budowanym w latach 1780-1790 pod wezwaniem św. Stanisława. Za wsią szukam jeszcze - gdzie ta granica, ale znajduję tylko przeprawę przez Bug z promem - tu dzwoni się do Pana co prom obsługuje, właściciel przyjeżdża i przewozi na drugą stronę. W Mielniku też jest prom, na mojej mapie nie oznaczony. Kolację robię sam, bo w Mielniku sklep czynny do 20:30, a wieczorem po tych podróżach nawet nie chce mi się włączać telewizora. Z Mielnika blisko do świętej góry prawosławnych - Grabarki, ale nie docieram tam bo już za późno, wieczorem mam jeszcze wizytę ostatnią we wsi Homoty.

Tu wtręt mały na temat map. Do tej pory korzystałem z wielkich map wydawnictwa Copernicus 1: 200.000, ale sporo małych miejscowości tam brak. Tymczasem atlas samochodowy wydawnictwa Kompas ze Szczecina o skali 1: 250.000, okazał się o wiele dokładniejszy. Tylko aby tak wiele zmieścić literki malutkie, często bez lupy nie obędzie się, ale zdecydowanie warto.

Z Mielnika ruszam do Sarnak, ale nie promem, bo po drodze zahaczam o Siemiatycze. Odwiedzam jeden z pensjonatów o pięknym wystroju, gdzie na pełnym niespodzianek placu zabaw dla dzieci bachory można upchnąć, samemu oddając się innym zajęciom. W Siemiatyczach usiłuję kupić w ogromnym salonie AGD płyty DVD-R albo cokolwiek innego żeby trochę zdjęć nagrać, a tu klops - nie prowadzą. Dopiero w sklepie małym w Sarnakach kupuję bez trudu. Sarnaki to znowu mazowieckie, a przy wjeździe ciekawostka; na budynku stacyjnym PKP - napis - DO WYNAJMU. Czyli jak ktoś chce wydając stację w Sarnakach to może, bo tory są, peron też i duży przejazd, choć mało wygodny, ale jakby tu zajazd jakiś, bo i tak wolno wszyscy musza jechać. Za miastem uliczka mała, wieś prawie - tu odwiedzam gospodarstwo Państwa Zawadzkich. Na terenie 4-hektarowego ekologicznego sadu - domek mały w nim kilka pokoi, kominek, kuchnia duża, łazienka i hulaj dusza. Gospodarze mieszkają nieco dalej, więc spokój i swoboda. W tym samym sadzie buduje się łaźnia parowa, sauna z prysznicami a w przyszłości mały basen. Łaźnia już się "wykańcza", podobno nawet z zapachami i kolorami można będzie się tu pławić zrzucając zbędne dekagramy, co szybko nadrobimy przy kuchni Pani domu.

Wracam na drugą stronę Bugu i odwiedzam pensjonat Irena w Drohiczynie. Pani Irena oprowadza mnie osobiście - dziś w pięknej stołówce więcej gości, bo miejscowy specjał - kiszka ziemniaczana w karcie. Zaczyna się nieco psuć pogoda, co wszyscy poza mną (zdjęcia) przyjmują z ulgą. Zdjęcia domu robię już w deszczu, który mi towarzyszy jeszcze chwilę, kiedy robię zdjęcia ośrodka nad Bugiem z nowoczesnymi domkami. Kiedyś camping kojarzył się z domkiem z dykty, wilgotną pościelą i wychodkiem za drzewami. Teraz domki drewniane wyposażone w kuchnie, łazienki, lodówki i wszelkie cuda, a las tylko na szczęście ten sam.
Jadę na północ w kierunku Białegostoku, tankuję we wsi Boćki i przez rozkopane skrzyżowanie w samym mieście wyjeżdżam na krajową 8-mkę (do Warszawy) zamiast na drogę 65, którą miałem się kierować na Mońki. Nic to nie wracam się, jadę przez Tykocin, ale upał już wrócił, miasteczko zabrukowane kocimi łbami zabytkowymi zapewne, ale z ulgą witam asfalt przy wyjeździe. Jadę na Goniądz, gdzie mam umówiony nocleg w znajomym już gospodarstwie. Obiecałem jeszcze na początku kwietnia że zdjęcia pochmurne zamienię na bardziej słoneczne, to samo mam do wykonania w sąsiedniej wsi Dawidowizna. Na powitanie zgłodniały wędrowiec dostaje talerz ogromny klopsów cielęcych, pierwsze domowe pomidorki, pyszne ciasto do kawy, ale mimo niej śpię jak niemowlę. Ledwo przed 8 zrywam się, a chciałem godzinę co najmniej wcześniej. Nic to cały dzień piękny słoneczny przede mną. Na drogę dostaję jeszcze trzy rodzaje ciasta w folii (rozpoznali łasucha), które prawie w całości dowożę do Warszawy. Goniądz - miasteczko mało znane a tu aż roi się od pokoi gościnnych, gospodarstw agroturystycznych, jest też ogromny ośrodek "Bartlowizna". Trzy domy razem - cały kompleks nad Biebrzą. Nie tylko przystanie, ale własne stawy z rybami, gdzie stanowiska wędkarskie dla gości. O innych atrakcjach nie wspomnę, bo to każdy poczyta w ich własnej reklamie. Wszystko przyjazne łącznie z recepcją, gdzie dowiaduję się, że portal 123noclegi dobrze jest znany bo często tam się zagląda. A ja potrzebuję czasu i czasu żeby to było ciągle aktualne i świeże. Goniądz miasteczko piętrowych domków, czyste z placem 11 listopada w środku miasta. Wokół małe uliczki - tu sklepów moc, kupuję zimne napoje i jadę dalej. W zasadzie mogę już wracać, jeszcze kilka zdjęć przy wyjeździe z miasta z charakterystycznym kościołem na wzgórzu. Kieruję się na południowy zachód, na skrzyżowaniu wojewódzkiej 670 z krajową 65 - widzę drewnianą tablicę - Dwór DOBARZ. Zatrzymuję się dzwonię, mam szczęście rozmawiać z właścicielem, który uprzejmie zaprasza do obejrzenia. Jadę zatem dalej zostawiając za plecami drogi główne, lasy coraz gęstsze, choć droga dobra to czasem w górę czasem w dół. Po 14 kilometrach jazdy las się przerzedza i widać juz duży budynek z bali drewnianych z piękną bramą wjazdową. Wjeżdżam na podwórze, podworzec właściwie i ..jestem bo dwór to jak z bajki prawie. Choć sala restauracyjna niby tradycyjna, ale przy takim wystroju (czy można to nazwać chłopsko, szlacheckim zaryzykuję), i świetle to można znaleźć i miejsce ciche do miłej pogawędki i po zapaleniu wszystkich świateł salę ogromną weselną. Pokoje tu po 30 metrów z ogromnymi łożami, gdzie nawet stara maszyna do szycia singer fragmentem mebla. A wszystko to na terenie Biebrzańskiego Parku Narodowego. Tradycja, nowoczesność i dzika przyroda wokół. Nie mam pewności, czy droga przez Bagno Ławki naprawiona, więc wracam do drogi głównej, nęci mnie jednak jazda nieco mniej ruchliwymi drogami. Jadę więc przez małe wioski drogą 668 , aż do Jedwabnego, stąd już krok do Łomży, a potem kierunek Warszawa. Po drodze zbaczam niepotrzebnie do wsi która z miodem i pszczółkami się kojarzy, a tam w sklepie lodówki pełne piwa, za to napoje owocowe czy wody wszelkie stoją sobie luzem na półkach prawie ogrzewanych w tym upale. Widać konsument miejscowy woli napój zimny a rozgrzewający potem. Wyjazd bardzo udany - Podlasie jak z zielonej bajki.

11 lipca 2007
Wolsztyn,
Poznań,
Kurnatowice,
Międzychód,
Radgoszcz,
Marianowo,
Kurnatowice,
Zatom Stary,
Zatom Nowy,
Pszczyna.

 

Od wtorku byłem umówiony na zdjęcia, ale słoneczko świeciło pięknie, letnia pogoda za oknem więc ruszam w niedzielę w południe na Poznań. Działo się to 3 lipca, więc jeszcze nic nie wiedziałem, że nadchodzi aura jesienna i dwie pary spodenek krótkich przydadzą się tylko ..do przecierania zmokniętych okularów. Z Warszawy wyjeżdża się miło szczególnie w południe, bo już kilka godzin później zaczną się korki, ale wracających. Po minięciu Łowicza decyduję się na eksperyment. Chcę przejechać w miarę szybko aby spokojnie pogadać z rodzinką nie tak bardzo późnym wieczorem. Zamiast dalej jechać na Koło, Konin krajową 2-ką, skręcam na Łódź i jadę do Sieradza. Tam - według mapy początek autostrady. Faktycznie dojazd dobrze oznakowany odnajduję bez trudu więc nie martwię się że trochę sobie tą jazdę wydłużam w kilometrach. Jazda nudna, urozmaicana kolejnymi zwężeniami, przewidywanych czy niedokończonych robót. Dwie bramki opłat do Poznania mijam spokojnie, ale ta trzecia za Poznaniem już mnie denerwuje, za taki mały kawałek, który kończy się zaroślami pod Nowym Tomyślem też mam płacić? Eksperyment taki sobie. Drożej i dalej tylko czasowo nieco szybciej. Na pustej autostradzie mijają mnie szybko, ja mam ledwie 110 - 120, w końcu jednak noga robi się cięższa, co w moim staruszku owocuje opadaniem wskazówki poziomu paliwa. Jak się okaże w drodze powrotnej mój siwy japończyk przekroczył już 200 tyś przebiegu o ile poprzedni właściciel nie majstrował przy liczniku. Benzynowo więc drożej + 33 zł za myto. Z braciszkiem w Wolsztynie wspominamy dawne czasy, przy piwku dla dorosłych kierowców, a następnego dnia rano ruszam na Poznań. Jednak aby przyjaciół nie niepokoić zbyt wcześnie, odwiedzam Park Miejski w Wolsztynie i Pałac  gdzie obecnie piękny hotel trzygwiazdkowy. Po kilku minutach zostaję przyjęty przez miłego szefa naczelnego, który poleca oprowadzenie mnie po "komnatach". Wystrój iście pałacowy, piękna sala balowo-weselna, a pokoje z szerokimi łożami, aż zachęcają  do powiedzmy ..wypoczynku. Powiedzmy, bo wokół wspaniały park, ptaki śpiewają co rano. Ważne dla Panów odwiedzających, że Pani po bułki rano nie posyła, bo dobra kuchnia na miejscu. Z Wolsztyna jadę przez Drzymałowo o czym dowiem się przez przypadek zatrzymując się przed sympatycznym Gościńcem "U MICHAŁA" - tu zapraszają mnie za dwa tygodnie bo rozruch dopiero. Następny postój w Opalenicy. Bardzo miłe wrażenie robi to miasteczko. Ratusz w budynku pięknie odnowionym z 1897 roku. Znajduję tu ciekawy hotel co zwie się "Barbados" ale aktualnie remontują. Chyba szybko skończą bo to mały domek jednopiętrowy. Robię kilka zdjęć, a przy okazji odkrywam że ulubiony kolor władz miejskich to jasno różowy jak torebka nastolatki co w lesie się nie chce zgubić. Tak właśnie pomalowano zegar na skwerze miejskim, fajny akcent, pączki nabyłem jogurtowe, a miła dziewczyna w warzywniaku zapewniła mnie o wygranej w totka bo właśnie kumulacja. Zatrzymuję się jeszcze w Buku, ale tam hotelik jeszcze mniejszy, do tego zamknięty. Dodzwaniam się do właściciela, który zapewnia ze miejsca ma zajęte, no to i zamyka. W Poznaniu odwiedzam jeden z bazarków, bo jak się okazało letnie rzeczy mam, ale "skarpetków" nie zabrałem w ferworze pakowania. Odkrywam przy okazji cudowne miejsce, gdzie sprzedają ciasto drożdżowe z agrestem i wiśniami, i ulubione drożdżówki poznańskie. Zaopatrzę się w te specjały w drodze powrotnej.
Następnego dnia już jestem w Sierakowie. Pierwszy ośrodek energetyki poznańskiej Enea z widokiem na jezioro. Jakiś dziwny wiatrak czy konstrukcja pływa po jeziorze, więc robię zdjęcia z maksymalnym zbliżeniem. Okazuje się że jest to maszyna natleniająca jezioro co rybkom licznie tu pływającym bardzo sprzyja. Sieraków to miasteczko w większości parterowe, co ma swój urok i domki bocznych uliczek szczególnie miłe robią wrażenie. Czysto, sklepy co rusz najróżniejsze nawet bank jest mi przyjazny bo mówią mi że na benzynę starczy - konto lekko wzrosło.
Ciekawy most przez Wartę, za nim kolejny most - bez wody pod spodem. Są to tereny zalewowe, gdyby czasem rzeka się zbuntowała. Odwiedzam kilka ośrodków, które znajdują się na jednej "ooogromnej" działce i wszystkie mają ten sam adres, na szczęście różnią się nazwami. Potem odwiedzam gospodarstwa agroturystyczne, jedno ciekawsze od drugiego. Jest tu dzielnica Piaski  i ulica Wieleńska (tak właśnie - nie mylić z Wilnem), jest i ulica Okręg Wieleński. W jednym gospodarstwie las na podwórku, w drugim winorośle piękne, w trzecim konie wspaniałe dla zaawansowanych jeźdźców. Jedzenie tanie, spanie też. Spanie z całodziennym wyżywieniem w granicach 50 - 60 zł. Z drugiej strony Sierakowa - droga na Kwilcz, a tam warto się zatrzymać przy głazach narzutowych zgrupowanych na trasie widokowym. Jeszcze pogoda się trzyma choć już pochmurno, fotografuję gnejsy, granity i ...szpargi. Bardzo ciekawie to rośnie w długie pióropusze koperkowe. Podobno tylko rano się zbiera szparagi, a rosną niezwykle szybko. Kolejne gospodarstwo na horyzoncie, a tam zamiast prosiaczka i cielaczka ..samolot na podwórku. Okazuje się ze gospodarz ma i Cesnę i motorolotnię, a ze stosowną licencją gościom z góry piękne i czyste jeziora pokazuje. Szczęka mi opadła ale po balonach nad Narwią powinienem się spodziewać, ze Wielkopolska czyść Podlasie przebije. Jak ktoś nie chce latać może pójść na ryby (są sumy, liny, szczupaki i karpie) albo grzyby czy jagody. Domek z samolotem i dwoma stawami rybnymi pod oknami to Kurnatowice. Zaczyna padać, a ja uparcie dalej - jadę do Międzychodu. Objeżdżam jezioro Miejskie i na jednej z ulic pod miastem znajduję gniazdo bocianie z rodziną 5-cio bocianią. Aż trójka bocianiąt co podobno nie zdarza się często i urodzaj wielki wróży. Kolejna miejscowość to Radgoszcz. Tu nikt nie wierzy że w deszczu będę robił zdjęcia, na szczęście zaczyna się przejaśniać i uwieczniam nawet wnętrza ciekawej karczmy "Kuźniak Młyn". Obok znów dwa jeziora rybne niezwykle i piękne lasy puszczy Noteckiej. Są też pokoje gościnne i klub w podziemiach, gdzie można nawet wieczór kawalerski miło spędzić. Miła kelnerka przebiera się specjalnie do zdjęcia w strój ludowy, co uwieczniam .. przy nalewaniu piwa. Kolejne zdjęcia będą we wsi Zatom Nowy. Ma tam gospodarstwo, a raczej pensjonat agroturystyczny dr. J. Harabasz. Przyjeżdżam przy lekkiej mżawce po południu w porze cichej sjesty poobiedniej. Mijam jeden domek potem znajduję drugi prawie cały w liściach - okazuje się ze to "Olchowy Młyn" . Wyskakuje na mnie wielki pies czarny, a ponieważ szans dopadnięcia najbliższego drzewa nie widzę, zaczynam z uśmiechem pertraktować ze zwierzęciem, że podwieczorek może być lekko nieświeży.  Moje pertraktacje przerywa głos z góry, jak się okazało obudziłem gospodarza, który właśnie przytulił głowę do poduszki. Po krótkich pertraktacjach rozmawiałem już z wesołym,  przyjaznym i zapalonym wielce gospodarzem, który pokazywał mi swoje posiadłości. "Olchowy Młyn" to dom będący młynem autentycznym ze 100 lat temu, cała maszyneria wewnętrzna została zachowana i odnowiona. Dziś za maszyną młynarską sypialnia romantyczna i miejsce na fotele stół i telewizor. Ogrody pełne krzewów, drzew, kwiatów, skalników, jeziorek i stawów. Można tu wynająć całe mieszkanie z własną łazienką i kuchnią i osobnym niekrępującym wejściem. Można też zamówić posiłki, które podają w ślicznej jadalni. Na łączce ogromny zadaszony pawilon, gdzie można rybę uwędzić, a i upolowaną zwierzynę na ruszt rzucić w formie kotleta. Podłoga w szachownicę, szukamy wiec dużych, a lekkich szachów (do 50 - 60 cm), żeby elegancko zagrać. Dr. Harabasz zaprasza do swojego samochodu bo chce mi coś pokazać - już wiem - są to bawoły wodne. Jedziemy polnymi drogami, żeby dotrzeć do stada, które pasie się na ogromnej łące. Krowy czarne wydają się groźne, obok hasają cielaki. Kiedy podchodzimy bliżej jakieś małe czarne zwierzątko podnosi się z ziemi z mokrą sierścią. Maluch urodził się przed kilkunastoma minutami, mama właśnie kończyła go wylizywać, a ten stoi już na trzęsących się nóżkach. Za parę minut rusza śmielej za mamą i zaczyna szukać u niej mleczka. Wrażenie niesamowite potęguje opowiadanie miłego gospodarza o zwyczajach tych zwierząt, które mają potężne rogi, grubną sierść i podobno potrafią tygrysa zdrowo walnąć w obronie młodych. Nie wiem jakie są tygrysy w Transylwanii bo stamtąd to bydło pochodzi. Podobno zwierzaki mieszkają cały rok na łące, w zimie także bez stodół i obór, tylko w jakiejś zacisznej dolince. Prawie oswojone podchodzą się przywitać, liżą po rękach wielkimi ozorami. Nie należy jednak stawać tyłem ani uciekać gwałtownie i żadnych jaskrawych kolorów. Nie odważę się jednak poklepać, bo jak i ona zechce. Ostatnia rozmowa z bykiem, który obżarty owsem sąsiada, nie zwraca na nas prawie uwagi. Wracam dość szybkim krokiem i oddycham swobodnej nieco już za elektrycznym pastuchem.
Na południowej stronie Warty od Zatomia Nowego jest większa wieś Zatom Stary. Obie łączy prom, który w ciągu dnia przewozi ludzi i samochody. Prom mały, no rzeka tu wąska, ale wody płyną dość szybko i brzeg stromy. Aby dojechać do z jednej miejscowości Zatom do drugiej trzeba jechać nieco dookoła, bo albo przez Międzychód, albo przez Sieraków. odległości niewielkie, drogi dobre. W Zatomiu Starym odwiedzam dom sołtysa. Bardzo sympatyczne małżeństwo, miłe w zieleni obejście, domek mały, a pokoje przytulne. Kropiący deszcz i miłe powitanie decydują. Zostaję na noc, potem na jeszcze jedną, bo pada, leje, i w końcu jak się przejaśni to dobrze mieć jakąś bazę wypadową. Gospodyni piecze cudowne ciasto z owocami, co mnie pokonuje ostatecznie. Na śniadanie i kolację wędliny własnego wyrobu - palce lizać. Obiad obfity, sama zupa już budziła zachwyt, ale wobec jędrności kotleta na drugie danie musiałem pohamować dokładki. Tanio i smacznie i miło. Przy pierwszym przejaśnieniu, robię zdjęcia całej miłej rodzince z córkami i pięknym koniem niedawno nabytym.

W czasie deszczu nie tylko dzieci się nudzą, więc jadę znów do Sierakowa, aby obejrzeć zbiory Muzeum w Zamku Opalińskich. Historia Zamku sięga XIII wieku, a czas największej świetności miasta i Zamku przypadł na pierwszą połowę wieku XVII. W muzeum przepięknie zdobione sarkofagi pieczołowicie odrestaurowane, należą do rzadkości w Polsce. Wspaniałe piece kaflowe, fragmenty ceramiki, doskonałe mapy no i ciekawostka - but skórzany z XV w. znaleziony w studni zamkowej. Okazał się trwalszy jak obuwie współczesne. Obok Zamku stadnina koni, która powstała z cegieł rozbieranego zamku, stąd zachowane do dziś i odremontowane tylko jedno skrzydło. Z okien zamkowych wyglądam na staw obok i ..widzę w kroplach deszczu jak ryby pływają jakoś dziwnie. Z Panem, który na dole wpuszcza wycieczki ustalam, że to nie żadna klęska ani pomorek, tylko liście tak wyglądają. Rybek dawno tu nie ma bo amatorzy wyłowili i poszli. Obok piękne zakole Warty, robię zdjęcia przez okno samochodu jaskółkom, które latają dosłownie tuż przed szybą i nad samą ziemią. Odwiedzam pocztę, kilka sklepów i jadę do Marianowa. Gospodyni dziwi się jak można zrobić w takim deszczu dobre zdjęcie, ale biorę parasoli i ..pstrykam. Okazuje się ze zdjęcia wychodzą czyste, domek śliczny z błyszczącym dachem jak nowym i wszystko widać co trzeba, a lśniąca zieleń dodaje jeszcze blasku. Moje buty niestety nie ze średniowiecza, bo choć z jasnej skóry to dziurek mają za dużo jak na te opady, nic to, ciepło jeszcze w końcu lato. Ostatnia już deszczowa wycieczka - zapuszczam się w lubuskie. Niestety nie będzie już czasu na dłuższe jazdy po tym województwie bo pogoda marna. Trochę ładniej się robi, kiedy w późno poobiedniej porze docieram do Pszczewa. Jak sama nazwa wskazuje pszczoła tu ma swoje muzeum. Prowadzi to muzeum - skansen uli - Tadeusz Bryszkowski, pełen werwy i zapału starszy Pan. Po kilku minutach rozmowy wiem już że ma 82 lata, na nic nie choruje bo kocha pszczoły i te kilka uli i opieka nad muzeum dają mu zajęcie na cały dzień, a kilka ukąszeń w roku daje jakąś odporność. Ule z pni drzewa, oryginalne w formie, obok tradycyjnych jeszcze ludowe barcie. Tu w formie ula  jest mieszkanie dla kota i domek dla psa. Obok w pomieszczeniach zamkniętych cudowny zbiór dawnych narzędzi pszczelarskich, wirówek, narzędzi gospodarskich, obrazów i ..szopek. Obrazy malarstwa nieco naiwnego, ofiarowane przez gości i malarzy miejscowych, a szopki też jak z ula wycięte robione na Boże Narodzenie - na kazdy rok inna. Figurki często wydobyte z ruin powojennych i odnowione. Jest i gofrownica z przepisem odlanym w żelazie i maszynka do wyciskania soków i stare wazy, dziesiątki urządzeń, których przeznaczenie objaśnia przemiły przewodnik. Zatrzymać się tu trzeba koniecznie bo ile można siedzieć nad jeziorem, a tak w przemiły sposób można i kawałek historii liznąć. Pozostaje wrażenie jak przemyślne rzeczy wymyślano kiedyś dla ułatwienia sobie pracy, kiedy jeszcze nie było elektryczności.

Wracam przez Poznań. Oczywiście zatrzymuję się aby na znajomym rynku zrobić zakupy. 4 pudełka sera smażonego z Nowego Tomyśla (koniecznie z kminkiem), ciasto z agrestem i drugie ze śliwkami, jeszcze trochę drożdżówek i jadę. Już na drugi dzień po łakociach śladu nie ma, a serek też już się kończy. Degustowałem na miejscu ser wiedeński, robiony z mleka zsiadłego ogrzewanego, nawet nie wiem dokładnie jak się go robi, ale pyszny o lekko wędzonym zapachu. Ach jeszcze kilka kiełbasek białych z których słynie wielkopolska. Potem żałuję ze choć kilograma nie wziąłem. Tankuję na stacji BP i jadę na południe aby już nie wracać autostradą. Przy wyjeździe korek, właśnie wychodzi pielgrzymka piesza na Jasną Górę. Na szczęście nie czekamy długo i jazda na Kalisz. Potem na Zduńską Wolę i Tomaszów - omijam Łódź od południa. Wskakuję na krajową 8-mkę, która doprowadzi mnie do Warszawy. Tu od Okęcia korek tak niesamowity, ze jadę w okolice Hali Mirowskiej prawie półtorej godziny. Obłęd kompletny. A zawsze miasto było tak przyjazne w lipcu kiedy większość na urlopach.  Powrót okazał się tańszy znacznie niż wyjazd. Mimo dalszej drogi spaliłem ledwo pół baku bo i wolniejsza jazda (pogoda) i drogi w łódzkim jeszcze są znacznie gorsze jak w Wielkopolsce.

 10 lipca 2007

Przed chwilą zadzwonił ktoś do drzwi, z niedowierzaniem otwieram nie spodziewając się żadnych wizyt po 20, a tu ..kominiarz.
- Tyle mam domów do oblecenia, że już zaczęliśmy .
Wręczył mi kalendarz na rok 2008 i zastygł w oczekiwaniu. Ja też, ale tylko na kilka sekund. Cofnąłem się domyślnie po stosowną monetę, bo jak tu nie docenić przedsiębiorczości z pewną nutą ironicznego dowcipu. Podchodząc do gościa życzliwie, tym bardziej że ma przynosić szczęście,  podziękowałem za życzenia bez obrywania guzików, i na ten, i na Nowy Rok - co czytającym te słowa przekazuję z kominiarskim pozdrowieniem. Cwaniak może, ale jaki uroczy, powiedziała by pewna dama. Wcale mnie nie rozbawiają inne formy cwaniactwa, zakamuflowane nieco pragnieniem uszczęśliwienia mnie w promocji stron, zarejestrowaniu w arcy-ważnych portalach i wywindowaniem na szczyty oglądalności. Jedna firma pisze do mnie że jak zapłacę 150 zł to załatwią mi przedłużenie domeny dla hodowców ślimaków, choć ci zastygli w oczekiwaniu i z racji powolnej profesji jeszcze nie zapłacili za pierwszą rejestrację, którą ja im załatwiłem ponad rok temu, za zł chyba 80. Inna firma polsko-niemiecko biznesowa chciała mnie wprowadzić na rynek obcojęzyczny za cenę niezwykle promocyjną ok. 700 euro. Na takie małe kwoty nie zważam, bo to pewnie tylko pierwsze rozdanie. Instytut Magazynowania chce mi załatwić certyfikację czyli pewnie nadać mi znak jakości, a docelowo kojarzyć z potencjalnymi kontrahentem. Cena zależy od obrotów i będzie kilka razy przeliczana współczynnikiem bo za każdą czynność się płaci. Ja bezpłatnie chowam w koszyczku, pod biurkiem.
Od klientów i przyjaciół prowadzących usługi w turystyce dostaję oferty informujące o powstaniu kolejnych witryn internetowych pragnących za darmo reklamować wszystkich chętnych. Okazuje się że trzeba się zarejestrować, zapoznać z regulaminem, ustanowić hasło po czym dowiadujemy się że to na dwa miesiące, a potem będzie płatne. Jeszcze inni każą coś podpisać, bo będzie to stała współpraca, a co będzie drobnym druczkiem już mi się nie chce czytać bez okularów. Wolę jednak reguły kominiarskie - ja daję monetę, on mi kalendarz aktualny już za pół roku i pogodne życzenia.

Noclegi:  dolnośląskie kujawsko-pomorskie lubelskie lubuskie łódzkie małopolskie mazowieckie, opolskie podkarpackie, podlaskie, pomorskie, śląskie, świętokrzyskie warmińsko-mazurskie wielkopolskie, zachodniopomorskie

         Hotele KRAKÓW          Hotele WARSZAWA          jesteśmy w: DodajStrone.pl

Internet (wpisy, aktualizacje, poprawki): Marek Lewandowski  tel. 0 501 153 348, 0 500 438 058; 022 258 33 12  
Copyright © 2004-2010  M. Lewandowski   http://www.123noclegi.info   123@123noclegi.info     www.123noclegi.pl