|
 |
Dziennik podróży po kraju czyli wakacje przez cały rok. |
|
lipiec 2007 |
|
17 -19 lipca 2007
Mielnik, Sutno,
Niemirów,
Homoty, Siemiatycze, Drohiczyn, Sarnaki, Goniądz,
Dobarz.
|
Tym razem ruszam we wtorek,
bez pośpiechu bo z perspektywą prawie tygodniowego pobytu na
Podlasiu. W Warszawie do 35 stopni w cieniu, ale im dalej na wschód,
a potem północny wschód, tym przyjemniej. Wyjeżdżam mostem
Siekierkowskim, potem krajową 2-ką, ale mimo że jazda w miarę
swobodna, to za dużo sąsiadów na drodze. W Kałuszynie skręcam na
drogę gminną (akurat dzień targowy, ale się nie zatrzymuję).
Spokojna jazda wśród zieleni i drzew aż do 62-ki, mijam Węgrów,
zatrzymuję się w Sokołowie Podlaskim, gdzie wrzucam listy na
poczcie. Po kilku dniach okaże się, że jeden z adresatów uznał
chyba, że takie małe rachunki go obrażają (za kwotę 61 zł) i
zrezygnował z reklamowania swojej Armatniej Góry w Nałęczowie. W
sumie nie dziwię się - najbardziej ruchliwa trasa przez Nałęczów
(Kazimierz - Lublin).
Będąc już na 62-ce krajowej jadę prosto, prosto i tylko na wschód.
Za Siemiatyczami już tylko droga wojewódzka, ale jazda przyjemna,
skręcam po chwili na Mielnik. Zatrzymuję się u Pana Jerzego, szefa
miejscowego Stowarzyszenia Agroturystycznego. Uroczy drewniany domek
z pięterkiem, gdzie miłe pokoje z tarasem, aneksem kuchennym. Będę
spał w drugim domku parterowym, na zielonym podwórku samochodzik w
cieniu, wejście osobne z własnym kluczem. W stodole - muzeum
przydomowe można powiedzieć. Dawne sprzęty gospodarskie zbierane po
wsiach okolicznych i ..bogaty zbiór hełmów różnych armii. Samo
miasteczko bardzo czyste z dużą ilością zieleni, kościół katolicki,
cerkiew (najstarsza parafia prawosławna na Podlasiu), remiza
miejscowej straży z pomniczkiem św. Floriana. Jest i przystań nad
Bugiem, gdzie wypożyczalnia kajaków i ..rowerów, gospodarstw
agroturystycznych sporo do tego ciekawy z restauracją Pensjonat
Ostoja. Budynek gminy odnowiony, tablice informacyjne z planami i
dojazdami i informacja turystyczna jest, bo wójt wyznaczył - tylko
na urlopie chwilowo. Tak to bywa z narzuconą z góry troską o
turystę. W kilku miasteczkach czy wsiach gminnych spotkałem się z
tym, że informacja turystyczna ma być, a że nie ma funduszy na
osobne lokale, personel i materiały - wyznacza się kogoś z personelu
administracji, albo nawet Panią co sklep czy księgarnię prowadzi, bo
przy okazji może jakiś folder sprzedać. Ale jak coś województwo wyda
nawet, to już nie informuje niżej, żaliły się dziewczyny. Nie mniej
jednak łatwo wszystko znajdziemy bo plany na tablicach i informacje
wszelkie są. W Mielniku mieszkania różne, ale przypadło mi do serca
miejsce na ul. Sadowej z pięknym zadbanym kwiatowym ogrodem, a na
Brzeskiej mały zielony domek gdzie czysto tak, aż wchodzący sam buty
zdejmuje. Tuż za Mielnikiem - Sutno - wieś długa (ulicówka),
gdzie też ze trzy gospodarstwa gościnne, jedno z ogromnym podwórzem,
całym w zieleni, raj dla dzieci, bo i domowych tu trochę i cały
teren ogrodzony. Na końcu wsi jadąc na wschód jeszcze - mały domek
na zielonej ogrodzonej działce z wiatraczkiem. To cały domek z
5-cioma pokojami do wynajęcia dla grupy przyjaciół czy większej
rodziny. Miły przytulny, może by tak się tu na grzyby wybrać? Jadę
jeszcze kilka kilometrów dalej na wschód, żeby do granicy
białoruskiej dotrzeć. Dojeżdżam do wsi Niemirów. Tu w promieniu 2
kilometrów kilka granic; państwowa z Białorusią i zbiegają się
województwa - lubelskie, mazowieckie i podlaskie. Sama wieś duża
rozległa z dużym kościołem budowanym w latach 1780-1790 pod
wezwaniem św. Stanisława. Za wsią szukam jeszcze - gdzie ta granica,
ale znajduję tylko przeprawę przez Bug z promem - tu dzwoni się do
Pana co prom obsługuje, właściciel przyjeżdża i przewozi na drugą
stronę. W Mielniku też jest prom, na mojej mapie nie oznaczony.
Kolację robię sam, bo w Mielniku sklep czynny do 20:30, a wieczorem
po tych podróżach nawet nie chce mi się włączać telewizora. Z
Mielnika blisko do świętej góry prawosławnych - Grabarki, ale nie
docieram tam bo już za późno, wieczorem mam jeszcze wizytę ostatnią
we wsi Homoty.
Tu wtręt mały na temat map. Do
tej pory korzystałem z wielkich map wydawnictwa Copernicus 1:
200.000, ale sporo małych miejscowości tam brak. Tymczasem atlas
samochodowy wydawnictwa Kompas ze Szczecina o skali 1: 250.000,
okazał się o wiele dokładniejszy. Tylko aby tak wiele zmieścić
literki malutkie, często bez lupy nie obędzie się, ale zdecydowanie
warto.
Z Mielnika ruszam do Sarnak,
ale nie promem, bo po drodze zahaczam o Siemiatycze. Odwiedzam jeden
z pensjonatów o pięknym wystroju, gdzie na pełnym niespodzianek
placu zabaw dla dzieci bachory można upchnąć, samemu oddając się
innym zajęciom. W Siemiatyczach usiłuję kupić w ogromnym salonie AGD
płyty DVD-R albo cokolwiek innego żeby trochę zdjęć nagrać, a tu
klops - nie prowadzą. Dopiero w sklepie małym w Sarnakach kupuję bez
trudu. Sarnaki to znowu mazowieckie, a przy wjeździe ciekawostka; na
budynku stacyjnym PKP - napis - DO WYNAJMU. Czyli jak ktoś chce
wydając stację w Sarnakach to może, bo tory są, peron też i duży
przejazd, choć mało wygodny, ale jakby tu zajazd jakiś, bo i tak
wolno wszyscy musza jechać. Za miastem uliczka mała, wieś prawie -
tu odwiedzam gospodarstwo Państwa Zawadzkich. Na terenie
4-hektarowego ekologicznego sadu - domek mały w nim kilka pokoi,
kominek, kuchnia duża, łazienka i hulaj dusza. Gospodarze mieszkają
nieco dalej, więc spokój i swoboda. W tym samym sadzie buduje się
łaźnia parowa, sauna z prysznicami a w przyszłości mały basen.
Łaźnia już się "wykańcza", podobno nawet z zapachami i kolorami
można będzie się tu pławić zrzucając zbędne dekagramy, co szybko
nadrobimy przy kuchni Pani domu.
Wracam na drugą stronę Bugu i
odwiedzam pensjonat Irena w Drohiczynie. Pani Irena oprowadza mnie
osobiście - dziś w pięknej stołówce więcej gości, bo miejscowy
specjał - kiszka ziemniaczana w karcie. Zaczyna się nieco psuć
pogoda, co wszyscy poza mną (zdjęcia) przyjmują z ulgą. Zdjęcia domu
robię już w deszczu, który mi towarzyszy jeszcze chwilę, kiedy robię
zdjęcia ośrodka nad Bugiem z nowoczesnymi domkami. Kiedyś camping
kojarzył się z domkiem z dykty, wilgotną pościelą i wychodkiem za
drzewami. Teraz domki drewniane wyposażone w kuchnie, łazienki,
lodówki i wszelkie cuda, a las tylko na szczęście ten sam.
Jadę na północ w kierunku Białegostoku, tankuję we wsi Boćki i przez
rozkopane skrzyżowanie w samym mieście wyjeżdżam na krajową 8-mkę
(do Warszawy) zamiast na drogę 65, którą miałem się kierować na
Mońki. Nic to nie wracam się, jadę przez Tykocin, ale upał już
wrócił, miasteczko zabrukowane kocimi łbami zabytkowymi zapewne, ale
z ulgą witam asfalt przy wyjeździe. Jadę na
Goniądz, gdzie mam
umówiony nocleg w znajomym już gospodarstwie. Obiecałem jeszcze na
początku kwietnia że zdjęcia pochmurne zamienię na bardziej
słoneczne, to samo mam do wykonania w sąsiedniej wsi Dawidowizna. Na
powitanie zgłodniały wędrowiec dostaje talerz ogromny klopsów
cielęcych, pierwsze domowe pomidorki, pyszne ciasto do kawy, ale
mimo niej śpię jak niemowlę. Ledwo przed 8 zrywam się, a chciałem
godzinę co najmniej wcześniej. Nic to cały dzień piękny słoneczny
przede mną. Na drogę dostaję jeszcze trzy rodzaje ciasta w folii
(rozpoznali łasucha), które prawie w całości dowożę do Warszawy.
Goniądz - miasteczko mało znane a tu aż roi się od pokoi gościnnych,
gospodarstw agroturystycznych, jest też ogromny ośrodek "Bartlowizna".
Trzy domy razem - cały kompleks nad Biebrzą. Nie tylko przystanie,
ale własne stawy z rybami, gdzie stanowiska wędkarskie dla gości. O
innych atrakcjach nie wspomnę, bo to każdy poczyta w ich własnej
reklamie. Wszystko przyjazne łącznie z recepcją, gdzie dowiaduję
się, że portal 123noclegi dobrze jest znany bo często tam się
zagląda. A ja potrzebuję czasu i czasu żeby to było ciągle aktualne
i świeże. Goniądz miasteczko piętrowych domków, czyste z placem 11
listopada w środku miasta. Wokół małe uliczki - tu sklepów moc,
kupuję zimne napoje i jadę dalej. W zasadzie mogę już wracać,
jeszcze kilka zdjęć przy wyjeździe z miasta z charakterystycznym
kościołem na wzgórzu. Kieruję się na południowy zachód, na
skrzyżowaniu wojewódzkiej 670 z krajową 65 - widzę drewnianą tablicę
- Dwór DOBARZ. Zatrzymuję się dzwonię, mam szczęście rozmawiać z właścicielem, który uprzejmie zaprasza do obejrzenia. Jadę zatem dalej
zostawiając za plecami drogi główne, lasy coraz gęstsze, choć droga
dobra to czasem w górę czasem w dół. Po 14 kilometrach jazdy las się
przerzedza i widać juz duży budynek z bali drewnianych z piękną
bramą wjazdową. Wjeżdżam na podwórze, podworzec właściwie i ..jestem
bo dwór to jak z bajki prawie. Choć sala restauracyjna niby
tradycyjna, ale przy takim wystroju (czy można to nazwać chłopsko,
szlacheckim zaryzykuję), i świetle to można znaleźć i miejsce ciche
do miłej pogawędki i po zapaleniu wszystkich świateł salę ogromną
weselną. Pokoje tu po 30 metrów z ogromnymi łożami, gdzie nawet
stara maszyna do szycia singer fragmentem mebla. A wszystko to na
terenie Biebrzańskiego Parku Narodowego. Tradycja, nowoczesność i
dzika przyroda wokół. Nie mam pewności, czy droga przez Bagno Ławki
naprawiona, więc wracam do drogi głównej, nęci mnie jednak jazda
nieco mniej ruchliwymi drogami. Jadę więc przez małe wioski drogą
668 , aż do Jedwabnego, stąd już krok do Łomży, a potem kierunek
Warszawa. Po drodze zbaczam niepotrzebnie do wsi która z miodem i
pszczółkami się kojarzy, a tam w sklepie lodówki pełne piwa, za to
napoje owocowe czy wody wszelkie stoją sobie luzem na półkach prawie
ogrzewanych w tym upale. Widać konsument miejscowy woli napój zimny
a rozgrzewający potem. Wyjazd bardzo udany - Podlasie jak z zielonej
bajki. |
|
11 lipca 2007
Wolsztyn,
Poznań,
Kurnatowice,
Międzychód,
Radgoszcz,
Marianowo,
Kurnatowice,
Zatom Stary,
Zatom Nowy,
Pszczyna.
|
Od wtorku byłem umówiony na
zdjęcia, ale słoneczko świeciło pięknie, letnia pogoda za oknem więc
ruszam w niedzielę w południe na Poznań. Działo się to 3 lipca, więc
jeszcze nic nie wiedziałem, że nadchodzi aura jesienna i dwie pary
spodenek krótkich przydadzą się tylko ..do przecierania zmokniętych
okularów. Z Warszawy wyjeżdża się miło szczególnie w południe, bo
już kilka godzin później zaczną się korki, ale wracających. Po
minięciu Łowicza decyduję się na eksperyment. Chcę przejechać w
miarę szybko aby spokojnie pogadać z rodzinką nie tak bardzo późnym
wieczorem. Zamiast dalej jechać na Koło, Konin krajową 2-ką, skręcam
na Łódź i jadę do Sieradza. Tam - według mapy początek autostrady.
Faktycznie dojazd dobrze oznakowany odnajduję bez trudu więc nie
martwię się że trochę sobie tą jazdę wydłużam w kilometrach. Jazda
nudna, urozmaicana kolejnymi zwężeniami, przewidywanych czy
niedokończonych robót. Dwie bramki opłat do Poznania mijam
spokojnie, ale ta trzecia za Poznaniem już mnie denerwuje, za taki
mały kawałek, który kończy się zaroślami pod Nowym Tomyślem też mam
płacić? Eksperyment taki sobie. Drożej i dalej tylko czasowo nieco
szybciej. Na pustej autostradzie mijają mnie szybko, ja mam ledwie
110 - 120, w końcu jednak noga robi się cięższa, co w moim staruszku
owocuje opadaniem wskazówki poziomu paliwa. Jak się okaże w drodze
powrotnej mój siwy japończyk przekroczył już 200 tyś przebiegu o ile
poprzedni właściciel nie majstrował przy liczniku. Benzynowo więc
drożej + 33 zł za myto. Z braciszkiem w Wolsztynie wspominamy dawne
czasy, przy piwku dla dorosłych kierowców, a następnego dnia rano
ruszam na Poznań. Jednak aby przyjaciół nie niepokoić zbyt wcześnie,
odwiedzam Park Miejski w Wolsztynie i Pałac gdzie obecnie
piękny hotel trzygwiazdkowy. Po kilku minutach zostaję przyjęty
przez miłego szefa naczelnego, który poleca oprowadzenie mnie po
"komnatach". Wystrój iście pałacowy, piękna sala balowo-weselna, a
pokoje z szerokimi łożami, aż zachęcają do powiedzmy
..wypoczynku. Powiedzmy, bo wokół wspaniały park, ptaki śpiewają co
rano. Ważne dla Panów odwiedzających, że Pani po bułki rano nie
posyła, bo dobra kuchnia na miejscu. Z Wolsztyna jadę przez
Drzymałowo o czym dowiem się przez przypadek zatrzymując się przed
sympatycznym Gościńcem "U MICHAŁA" - tu zapraszają mnie za dwa
tygodnie bo rozruch dopiero. Następny postój w Opalenicy. Bardzo
miłe wrażenie robi to miasteczko. Ratusz w budynku pięknie
odnowionym z 1897 roku. Znajduję tu ciekawy hotel co zwie się
"Barbados" ale aktualnie remontują. Chyba szybko skończą bo to mały
domek jednopiętrowy. Robię kilka zdjęć, a przy okazji odkrywam że
ulubiony kolor władz miejskich to jasno różowy jak torebka
nastolatki co w lesie się nie chce zgubić. Tak właśnie pomalowano
zegar na skwerze miejskim, fajny akcent, pączki nabyłem jogurtowe, a
miła dziewczyna w warzywniaku zapewniła mnie o wygranej w totka bo
właśnie kumulacja. Zatrzymuję się jeszcze w Buku, ale tam hotelik
jeszcze mniejszy, do tego zamknięty. Dodzwaniam się do właściciela,
który zapewnia ze miejsca ma zajęte, no to i zamyka. W Poznaniu
odwiedzam jeden z bazarków, bo jak się okazało letnie rzeczy mam,
ale "skarpetków" nie zabrałem w ferworze pakowania. Odkrywam przy
okazji cudowne miejsce, gdzie sprzedają ciasto drożdżowe z agrestem
i wiśniami, i ulubione drożdżówki poznańskie. Zaopatrzę się w te
specjały w drodze powrotnej.
Następnego dnia już jestem w Sierakowie. Pierwszy ośrodek energetyki
poznańskiej Enea z widokiem na jezioro. Jakiś dziwny wiatrak czy
konstrukcja pływa po jeziorze, więc robię zdjęcia z maksymalnym
zbliżeniem. Okazuje się że jest to maszyna natleniająca jezioro co
rybkom licznie tu pływającym bardzo sprzyja. Sieraków to miasteczko
w większości parterowe, co ma swój urok i domki bocznych uliczek
szczególnie miłe robią wrażenie. Czysto, sklepy co rusz
najróżniejsze nawet bank jest mi przyjazny bo mówią mi że na benzynę
starczy - konto lekko wzrosło.
Ciekawy most przez Wartę, za nim kolejny most - bez wody pod spodem.
Są to tereny zalewowe, gdyby czasem rzeka się zbuntowała. Odwiedzam
kilka ośrodków, które znajdują się na jednej "ooogromnej" działce i
wszystkie mają ten sam adres, na szczęście różnią się nazwami. Potem
odwiedzam gospodarstwa agroturystyczne, jedno ciekawsze od drugiego.
Jest tu dzielnica Piaski i ulica Wieleńska (tak właśnie - nie
mylić z Wilnem), jest i ulica Okręg Wieleński. W jednym
gospodarstwie las na podwórku, w drugim winorośle piękne, w trzecim
konie wspaniałe dla zaawansowanych jeźdźców. Jedzenie tanie, spanie
też. Spanie z całodziennym wyżywieniem w granicach 50 - 60 zł. Z
drugiej strony Sierakowa - droga na Kwilcz, a tam warto się
zatrzymać przy głazach narzutowych zgrupowanych na trasie widokowym.
Jeszcze pogoda się trzyma choć już pochmurno, fotografuję gnejsy,
granity i ...szpargi. Bardzo ciekawie to rośnie w długie pióropusze
koperkowe. Podobno tylko rano się zbiera szparagi, a rosną niezwykle
szybko. Kolejne gospodarstwo na horyzoncie, a tam zamiast prosiaczka
i cielaczka ..samolot na podwórku. Okazuje się ze gospodarz ma i
Cesnę i motorolotnię, a ze stosowną licencją gościom z góry piękne i
czyste jeziora pokazuje. Szczęka mi opadła ale po balonach nad
Narwią powinienem się spodziewać, ze Wielkopolska czyść Podlasie
przebije. Jak ktoś nie chce latać może pójść na ryby (są sumy, liny,
szczupaki i karpie) albo grzyby czy jagody. Domek z samolotem i
dwoma stawami rybnymi pod oknami to Kurnatowice. Zaczyna padać, a ja
uparcie dalej - jadę do Międzychodu. Objeżdżam jezioro Miejskie i na
jednej z ulic pod miastem znajduję gniazdo bocianie z rodziną 5-cio
bocianią. Aż trójka bocianiąt co podobno nie zdarza się często i
urodzaj wielki wróży. Kolejna miejscowość to
Radgoszcz. Tu nikt nie
wierzy że w deszczu będę robił zdjęcia, na szczęście zaczyna się
przejaśniać i uwieczniam nawet wnętrza ciekawej karczmy "Kuźniak
Młyn". Obok znów dwa jeziora rybne niezwykle i piękne lasy puszczy
Noteckiej. Są też pokoje gościnne i klub w podziemiach, gdzie można
nawet wieczór kawalerski miło spędzić. Miła kelnerka przebiera się
specjalnie do zdjęcia w strój ludowy, co uwieczniam .. przy
nalewaniu piwa. Kolejne zdjęcia będą we wsi
Zatom Nowy. Ma tam
gospodarstwo, a raczej pensjonat agroturystyczny dr. J. Harabasz.
Przyjeżdżam przy lekkiej mżawce po południu w porze cichej sjesty
poobiedniej. Mijam jeden domek potem znajduję drugi prawie cały w
liściach - okazuje się ze to "Olchowy Młyn" . Wyskakuje na mnie
wielki pies czarny, a ponieważ szans dopadnięcia najbliższego drzewa
nie widzę, zaczynam z uśmiechem pertraktować ze zwierzęciem, że
podwieczorek może być lekko nieświeży. Moje pertraktacje
przerywa głos z góry, jak się okazało obudziłem gospodarza, który
właśnie przytulił głowę do poduszki. Po krótkich pertraktacjach
rozmawiałem już z wesołym, przyjaznym i zapalonym wielce
gospodarzem, który pokazywał mi swoje posiadłości. "Olchowy Młyn" to
dom będący młynem autentycznym ze 100 lat temu, cała
maszyneria wewnętrzna została zachowana i odnowiona. Dziś za maszyną
młynarską sypialnia romantyczna i miejsce na fotele stół i
telewizor. Ogrody pełne krzewów, drzew, kwiatów, skalników, jeziorek
i stawów. Można tu wynająć całe mieszkanie z własną łazienką i
kuchnią i osobnym niekrępującym wejściem. Można też zamówić posiłki,
które podają w ślicznej jadalni. Na łączce ogromny zadaszony
pawilon, gdzie można rybę uwędzić, a i upolowaną zwierzynę na ruszt
rzucić w formie kotleta. Podłoga w szachownicę, szukamy wiec dużych,
a lekkich szachów (do 50 - 60 cm), żeby elegancko zagrać. Dr.
Harabasz zaprasza do swojego samochodu bo chce mi coś pokazać - już
wiem - są to bawoły wodne. Jedziemy polnymi drogami, żeby dotrzeć do
stada, które pasie się na ogromnej łące. Krowy czarne wydają się
groźne, obok hasają cielaki. Kiedy podchodzimy bliżej jakieś małe
czarne zwierzątko podnosi się z ziemi z mokrą sierścią. Maluch
urodził się przed kilkunastoma minutami, mama właśnie kończyła go
wylizywać, a ten stoi już na trzęsących się nóżkach. Za parę minut
rusza śmielej za mamą i zaczyna szukać u niej mleczka. Wrażenie
niesamowite potęguje opowiadanie miłego gospodarza o zwyczajach tych
zwierząt, które mają potężne rogi, grubną sierść i podobno potrafią
tygrysa zdrowo walnąć w obronie młodych. Nie wiem jakie są tygrysy w
Transylwanii bo stamtąd to bydło pochodzi. Podobno zwierzaki
mieszkają cały rok na łące, w zimie także bez stodół i obór, tylko w
jakiejś zacisznej dolince. Prawie oswojone podchodzą się przywitać,
liżą po rękach wielkimi ozorami. Nie należy jednak stawać tyłem ani
uciekać gwałtownie i żadnych jaskrawych kolorów. Nie odważę się
jednak poklepać, bo jak i ona zechce. Ostatnia rozmowa z bykiem,
który obżarty owsem sąsiada, nie zwraca na nas prawie uwagi. Wracam
dość szybkim krokiem i oddycham swobodnej nieco już za elektrycznym
pastuchem.
Na południowej stronie Warty od Zatomia Nowego jest większa wieś
Zatom Stary. Obie łączy prom, który w ciągu dnia przewozi ludzi i
samochody. Prom mały, no rzeka tu wąska, ale wody płyną dość szybko
i brzeg stromy. Aby dojechać do z jednej miejscowości Zatom do
drugiej trzeba jechać nieco dookoła, bo albo przez Międzychód, albo
przez Sieraków. odległości niewielkie, drogi dobre. W Zatomiu Starym
odwiedzam dom sołtysa. Bardzo sympatyczne małżeństwo, miłe w zieleni
obejście, domek mały, a pokoje przytulne. Kropiący deszcz i miłe
powitanie decydują. Zostaję na noc, potem na jeszcze jedną, bo pada,
leje, i w końcu jak się przejaśni to dobrze mieć jakąś bazę
wypadową. Gospodyni piecze cudowne ciasto z owocami, co mnie
pokonuje ostatecznie. Na śniadanie i kolację wędliny własnego wyrobu
- palce lizać. Obiad obfity, sama zupa już budziła zachwyt, ale
wobec jędrności kotleta na drugie danie musiałem pohamować dokładki.
Tanio i smacznie i miło. Przy pierwszym przejaśnieniu, robię zdjęcia
całej miłej rodzince z córkami i pięknym koniem niedawno nabytym.
W czasie deszczu nie tylko dzieci się nudzą, więc
jadę znów do Sierakowa, aby obejrzeć zbiory Muzeum w Zamku
Opalińskich. Historia Zamku sięga XIII wieku, a czas największej
świetności miasta i Zamku przypadł na pierwszą połowę wieku XVII. W
muzeum przepięknie zdobione sarkofagi pieczołowicie odrestaurowane,
należą do rzadkości w Polsce. Wspaniałe piece kaflowe, fragmenty
ceramiki, doskonałe mapy no i ciekawostka - but skórzany z XV w.
znaleziony w studni zamkowej. Okazał się trwalszy jak obuwie
współczesne. Obok Zamku stadnina koni, która powstała z cegieł
rozbieranego zamku, stąd zachowane do dziś i odremontowane tylko
jedno skrzydło. Z okien zamkowych wyglądam na staw obok i ..widzę w
kroplach deszczu jak ryby pływają jakoś dziwnie. Z Panem, który na
dole wpuszcza wycieczki ustalam, że to nie żadna klęska ani pomorek,
tylko liście tak wyglądają. Rybek dawno tu nie ma bo amatorzy
wyłowili i poszli. Obok piękne zakole Warty, robię zdjęcia przez
okno samochodu jaskółkom, które latają dosłownie tuż przed szybą i
nad samą ziemią. Odwiedzam pocztę, kilka sklepów i jadę
do
Marianowa. Gospodyni dziwi się jak można zrobić w takim deszczu
dobre zdjęcie, ale biorę parasoli i ..pstrykam. Okazuje się ze
zdjęcia wychodzą czyste, domek śliczny z błyszczącym dachem jak
nowym i wszystko widać co trzeba, a lśniąca zieleń dodaje jeszcze
blasku. Moje buty niestety nie ze średniowiecza, bo choć z jasnej
skóry to dziurek mają za dużo jak na te opady, nic to, ciepło jeszcze
w końcu lato. Ostatnia już deszczowa wycieczka - zapuszczam się w
lubuskie. Niestety nie będzie już czasu na dłuższe jazdy po tym
województwie bo pogoda marna. Trochę ładniej się robi, kiedy w
późno poobiedniej porze docieram do Pszczewa. Jak sama nazwa
wskazuje pszczoła tu ma swoje muzeum. Prowadzi to muzeum - skansen
uli - Tadeusz Bryszkowski, pełen werwy i zapału starszy Pan. Po
kilku minutach rozmowy wiem już że ma 82 lata, na nic nie choruje bo
kocha pszczoły i te kilka uli i opieka nad muzeum dają mu zajęcie na
cały dzień, a kilka ukąszeń w roku daje jakąś odporność. Ule z pni
drzewa, oryginalne w formie, obok tradycyjnych jeszcze ludowe
barcie. Tu w formie ula jest mieszkanie dla kota i domek dla
psa. Obok w pomieszczeniach zamkniętych cudowny zbiór dawnych
narzędzi pszczelarskich, wirówek, narzędzi gospodarskich, obrazów i
..szopek. Obrazy malarstwa nieco naiwnego, ofiarowane przez gości i
malarzy miejscowych, a szopki też jak z ula wycięte robione na Boże
Narodzenie - na kazdy rok inna. Figurki często wydobyte z ruin
powojennych i odnowione. Jest i gofrownica z przepisem odlanym w
żelazie i maszynka do wyciskania soków i stare wazy, dziesiątki
urządzeń, których przeznaczenie objaśnia przemiły przewodnik.
Zatrzymać się tu trzeba koniecznie bo ile można siedzieć nad
jeziorem, a tak w przemiły sposób można i kawałek historii liznąć.
Pozostaje wrażenie jak przemyślne rzeczy wymyślano kiedyś dla
ułatwienia sobie pracy, kiedy jeszcze nie było elektryczności.
Wracam przez Poznań. Oczywiście zatrzymuję się aby na
znajomym rynku zrobić zakupy. 4 pudełka sera smażonego z Nowego
Tomyśla (koniecznie z kminkiem), ciasto z agrestem i drugie ze
śliwkami, jeszcze trochę drożdżówek i jadę. Już na drugi dzień po
łakociach śladu nie ma, a serek też już się kończy. Degustowałem na
miejscu ser wiedeński, robiony z mleka zsiadłego ogrzewanego, nawet
nie wiem dokładnie jak się go robi, ale pyszny o lekko wędzonym
zapachu. Ach jeszcze kilka kiełbasek białych z których słynie
wielkopolska. Potem żałuję ze choć kilograma nie wziąłem. Tankuję na
stacji BP i jadę na południe aby już nie wracać autostradą. Przy
wyjeździe korek, właśnie wychodzi pielgrzymka piesza na Jasną Górę.
Na szczęście nie czekamy długo i jazda na Kalisz. Potem na Zduńską
Wolę i Tomaszów - omijam Łódź od południa. Wskakuję na krajową
8-mkę, która doprowadzi mnie do Warszawy. Tu od Okęcia korek tak
niesamowity, ze jadę w okolice Hali Mirowskiej prawie półtorej
godziny. Obłęd kompletny. A zawsze miasto było tak przyjazne w lipcu
kiedy większość na urlopach. Powrót okazał się tańszy znacznie
niż wyjazd. Mimo dalszej drogi spaliłem ledwo pół baku bo i
wolniejsza jazda (pogoda) i drogi w łódzkim jeszcze są znacznie
gorsze jak w Wielkopolsce. |
|
10
lipca 2007 |
Przed
chwilą zadzwonił ktoś do drzwi, z niedowierzaniem otwieram nie
spodziewając się żadnych wizyt po 20, a tu ..kominiarz.
- Tyle mam domów do oblecenia, że już zaczęliśmy .
Wręczył mi kalendarz na rok 2008 i zastygł w oczekiwaniu. Ja też,
ale tylko na kilka sekund. Cofnąłem się domyślnie po stosowną
monetę, bo jak tu nie docenić przedsiębiorczości z pewną nutą
ironicznego dowcipu. Podchodząc do gościa życzliwie, tym bardziej że
ma przynosić szczęście, podziękowałem za życzenia bez
obrywania guzików, i na ten, i na Nowy Rok - co czytającym te słowa
przekazuję z kominiarskim pozdrowieniem. Cwaniak może, ale jaki
uroczy, powiedziała by pewna dama. Wcale mnie nie rozbawiają inne
formy cwaniactwa, zakamuflowane nieco pragnieniem uszczęśliwienia
mnie w promocji stron, zarejestrowaniu w arcy-ważnych portalach i
wywindowaniem na szczyty oglądalności. Jedna firma pisze do mnie że
jak zapłacę 150 zł to załatwią mi przedłużenie domeny dla hodowców
ślimaków, choć ci zastygli w oczekiwaniu i z racji powolnej profesji
jeszcze nie zapłacili za pierwszą rejestrację, którą ja im
załatwiłem ponad rok temu, za zł chyba 80. Inna firma
polsko-niemiecko biznesowa chciała mnie wprowadzić na rynek
obcojęzyczny za cenę niezwykle promocyjną ok. 700 euro. Na takie
małe kwoty nie zważam, bo to pewnie tylko pierwsze rozdanie.
Instytut Magazynowania chce mi załatwić certyfikację czyli pewnie
nadać mi znak jakości, a docelowo kojarzyć z potencjalnymi
kontrahentem. Cena zależy od obrotów i będzie kilka razy przeliczana
współczynnikiem bo za każdą czynność się płaci. Ja bezpłatnie chowam
w koszyczku, pod biurkiem.
Od klientów i przyjaciół prowadzących usługi w turystyce dostaję
oferty informujące o powstaniu kolejnych witryn internetowych
pragnących za darmo reklamować wszystkich chętnych. Okazuje się że
trzeba się zarejestrować, zapoznać z regulaminem, ustanowić hasło po
czym dowiadujemy się że to na dwa miesiące, a potem będzie płatne.
Jeszcze inni każą coś podpisać, bo będzie to stała współpraca, a co
będzie drobnym druczkiem już mi się nie chce czytać bez okularów.
Wolę jednak reguły kominiarskie - ja daję monetę, on mi kalendarz
aktualny już za pół roku i pogodne życzenia. |

|