|
 |
Dziennik podróży po kraju czyli wakacje przez cały rok. |
|
sierpień 2007 |
|
|
|
29-30 sierpnia
Kutno, Września
Poznań |
Koniec
wakacji, to i koniec lata bliski, trzeba jeszcze pojeździć i
korzystać ze słoneczka bo takie zdjęcia tylko dobrze się prezentują.
Lepsze lekkie zamglenie, ale w naturze, jak doświetlanie programem
komputerowym. W ostatni czwartek ruszam na zachód. Umówiony jestem
we Wrześni, ale i po drodze miejsc ciekawych kilka, więc najpierw do
Kutna. Później się okaże że nieplanowane wizyty lepsze jak te długo
planowane i umawiane. Jak mówi piosenka "miła nie bądź taka smutna,
pojedziemy wnet do Kutna złączyć nasz los". A Kutno okazuje się
miasto ciekawe, które znam tylko z okien pociągu, albo z jazdy
obwodnicą. A tu i hotele, i szerokie ulice, i światła, i przejścia
wygodne. Hoteli i zajazdów tyle, że każdy znajdzie coś dla siebie i
w odpowiednim miejscu. Szczególnie podobał mi się hotel AWIS i
zajazd Pod Liskiem (na drodze 702 w kierunku Łodzi). Z Kutna jadę do
Wrześni, gdzie ..pokoje gościnne z wyżerką. Najpierw obiad zatem,
potem służba. Typowo poznańskie danie "mięso z nitką" czyli zrazy
zawijane do tego pyszne malutkie kluseczki. Niebo w gębie, tak się
rozmarzyłem, ze jak po 15 dzwonię po "umówionych" adresach wszyscy
przekładają spotkania na dzień następny. Jadę zatem do Poznania
wygodną i szeroką drogą 92. W Ogrodzie Botanicznym zakwitł właśnie
kwiat lotosu, ale tylko do 15:30 można było to zobaczyć. Trudno -
Ogród jak zwykle piękny, pyszna kawa w uniwersyteckiej kawiarence z
kuzynką, potem rodzinna kolacja na Grunwaldzkiej. Rano znów
Września, ciekawy mały hotelik w Centrum (Hotel CITY). W pensjonacie
zastanowią się, na pływalni też. Dzwonię do największego hotelu
Kosmowski, a tam Pan od reklamy odpowiada mi, że on nie ma
czasu na spotkania. Ha ciekawostka to ogromna dla pracodawcy, że
pracownik, który ma za zadanie promowanie hotelu jak się tylko da
- żeby zwiększyć liczbę klientów - nie ma czasu (!!!), ani nie
pertraktuje, ani nie zbywa zręcznie, jak ma wystarczającą klientelę.
Może ten dział w ogóle niepotrzebny w hotelu, bo tyle to i
recepcjonistka milej powie. Samo miasto pamiętam słabo z lat
dzieciństwa, kiedy bywałem tam u wujka na Żwirki i Wigury lat temu
ho ho, albo jeszcze więcej. Z dawnych domów zrobiono cudeńka
architektoniczne, dawne koszary poniemieckie i po wojskach
radzieckich to teraz piękne baseny z pokojami gościnnymi, domy w
rynku i okolicznych ulicach odnowione (secesja), szpital piękny jak
pałac - placówki służby zdrowia nie przypomina z daleka. Pogoda
psuje się zaczyna kropić, potem przelotne ulewy nawet. Tankuję na
ul. Szkolnej w małej prywatnej stacji, gdzie zawsze miło jestem
obsłużony. Mogę nawet zostawić samochód na stacji, aby obok w banku
sprawdzić czy już są jakieś pieniążki, czy jeszcze muszę czekać. No
na pełne tankowanie starczy, kupuję ulubioną kawę Astra i sery.
Doskonały nowotomyski ser smażony z kminkiem - nigdzie nie do
dostania poza wielkopolską, oraz ser biały wiedeński. No, żeby
białym serem się zachwycać? Ale widać można spróbujcie serek "ricotta"
z Goliszewa. Jako łasuch muszę się przyznać, że bez placka
drożdżowego nie mogłem wyjechać z Poznania (ze śliwką i z wiśnią) no
i dwie "szneki z glancem" koniecznie do kawy jak już dojadę. Nie
chciałem wracać głównymi drogami, a na pewno nie autostradą, bo mi
samochód za dużo na niej pali, jakoś tak sam szybciej jedzie. Z
Wrześni jadę na Powidz (jeziora), tam mały postój w rynku - zaglądam
do spisu, kto tu noclegów udziela, a wesoły pracownik gminny z
taczką i miotłą już mnie ostrzega, - Żebym tylko na tej liście nie
był! Czyżby bał się jakiegoś urzędu antykorupcyjnego?
Z Powidza na Anastazewo, potem jadę, jadę i jadę, zachmurzenie pełne,
czy na pewno na wschód? W końcu docieram do drogi na Płock. Trudno.
Wjeżdżam do Płocka całkiem nowego, skrzyżowania nowe, tablic
żadnych. Jadę najpierw prosto potem wieeeelkim łukiem ciągle w lewo,
domyślam się ze okrążam kawał miasta - a tablicy gdzie jaki wyjazd
na Włocławek choćby "ani du du". Zero, nic, na żadnym słupie -
nigdzie. Przypominam sobie że byłem w Płocku kiedyś i pewna miła
Pani powiedziała mi, że wyjazd na Warszawę przy stacji benzynowej.
Jest skrzyżowanie, można i w lewo, więc jadę - po kilku minutach
jazdy jest nareszcie jakiś znak - doga 62 - kierunek Nowy Dwór,
Warszawa. Oddycham z ulgą. Pewnie dopiero po remoncie dróg, ale o
znakach nikt nie pomyślał. Ilu takich jak ja naiwnych zagubionych,
do dziś jeździ w Płocku w kółko. W Warszawie leje. Zaraz wrzesień
czas barwy liści zbadać może gdzieś w Sudetach albo gdzie bliżej. |
|
7-20 sierpnia |
W
Niewodnej baza wypadowa, we Frysztaku pomoc techniczna, w Strzyżowie
wysyłam co nieco z Biblioteki Miejskiej. Tak logistycznie usytuowany
ruszam w okolicę piękna, zieloną i słoneczną. Najpierw Jasło -
widomo pierwszy świeży oddech łapię na stacji benzynowej GROSAR. Tak
się cała podkarpacko - małopolska sieć stacji benzynowych nazywa -
dwie z niech Jasło i Pilzno prowadzą dodatkowo pokoje gościnne. Kto
to widział spać na stacji benzynowej? A jednak można - bo budyneczek
z barem pełnym smakowitych dań nie tylko w oddaleniu pewnym, a i
taras widokowy nie wychodzi na dalekie dystrybutory, a na łąki, i
lasy okoliczne. Stacje wydają karty magnetyczne do zbierania punktów
za wszelkie zakupy paliwo, mycie auta i noclegi, katalog dla
punktowych zbieraczy obszerniejszy jak u Shell'a czy BP. Jako
ciekawostka występuje tu ..wanna narożna, gdzie spokojnie dwie osoby
uśmiechnięte, wypić mogą perlistego szampana. Płyn do kąpieli na
pewno na stacji się znajdzie. W sporym oddaleniu od Centrum, ale w
pięknej okolicy (trasa na Krosno) odwiedzam Zajazd "Pod Goleszem".
Czysto, ładnie, wielka sala balowo - konferencyjna, ale i
ciekawostka taka - ogród z altanami, skalistym zboczem, alejkami
romantycznymi, miejscem do zabaw dla dzieci i szałasem na wieczorne
grillowanie. Tak więc zachęta do dłuższego pozostania jest. Z
drugiej strony miasta od południa znajdziemy hotel trzygwiazdkowy -
MAŁOPOLSKA. Na zdjęciach uwieczniłem wnętrza stylowe, ale bez
przesytu. Duża delikatność w architekturze wnętrz, dużo światła i
zieleni, dlatego każda salka wnętrza, schody czy bar robią miłe dla
oka wrażenie. Jasne że polecam. Zupełnie inny klimat, ale także
bardzo przyjazny w gospodarstwie agroturystycznym w Stępinie. Nie
dość że pod górą Chełm, którą zdobyć można nie bez trudu, a po
drodze w Cieszynie koniecznie zwiedzić trzeba schrony ogromne gdzie
Hitler z Mussolinim ...bilety kolejowe wymieniali (do kolekcji).
Rzecz charakterystyczna dla tego regionu - to ..małe wyciągi
narciarskie, które rosną tu jak grzyby po deszczu. Wygoda i frajda
dla tubylców, a dodatkowy argument dla Gości, żeby i w zimie tu
wypoczywać. Dopiero co zamontowali wyciąg w Strzyżowie, teraz nowy w
Gogołowie, a i agroturystyka tu na poziomie co najmniej
pensjonatowym. Właściciele młodzi z dziećmi, więc doskonale wiedzą,
jak zorganizować wypoczynek młodym mamom i ich pociechom. Strzyżów
odwiedzam od lat 30-tu, a nigdy jak teraz nie widać tak szybkich
zmian. Tam gdzie dawniej domy stare czasem w ruinie nawet, teraz
albo dom całkiem nowy, albo bardzo udana rekonstrukcja. Sklepów moc,
restauracja Karpacka z tanimi daniami ostała się, tylko słynny PYK
zniknął z mapy barów tzw. szybkiej sety pod jako dawno gotowane, lub
serek zżółkły. Swojski klimat w atmosferze piwno papierosowej,
przestał pasować do eleganckich odnowionych kamieniczek. Skwer jest
zawsze zielony i lody tanie niezwykle. Porcja mała 1 zł 30 gr., ale
wielkością przypomina warszawską dużą, gdzie cena od 3 zł się
zaczyna. Wstydź się stolico. Dwa dni odpoczynku w Niewodnej i jadę
znów na południe. W Iwoniczu spotykam po raz pierwszy klienta mojego
klienta, co mnie cieszy ogromnie, ale tu wymaga małego wyjaśnienia.
Robię zdjęcia domu i właściciela przed miła willą wśród kwiatów i na
tarasie, a tu miły Pan z dwoma chłopcami zaczyna rozmowę i okazuje
się, że wybrał wypoczynek w tym domu bo reklamę znalazł w portalu
123noclegi.info.
Rymanów należy najpierw objaśnić geograficznie i administracyjnie.
Jest miasto Rymanów i wieś Rymanów, która jest uzdrowiskiem, a
między jednym Rymanowem i drugim dla ułatwienia orientacji jest wieś
Posada Górna. No i bądź mądry co się gdzie zaczyna i gdzie kończy.
Na szczęście ludność miejscowa przyzwyczajona i wszystko chętnie
objaśni. Wszystkim łasuchom, żarłokom, a i takim co tylko "małe co
nieco" musną czasem - polecam willę SŁONECZNA. Tam i nocleg wygodny
i całodzienna jadalnia otwarta dla wszystkich. Zrobiłem nawet
zdjęcia kart menu, taki był wielki wybór. Ceny - w dolnej strefie
stanów niskich jak to określam za stanem wód. Uliczki główne są tam
szerokie, a boczne wąskie niesłychanie, ale bać się niema co, bo
kierowcy miejscowi uprzejmi ogromnie i bardzo uważni na to ceperskie
jeżdżenie. Nad rzeką stromizna spora, a uliczka tak szeroka, że mogę
trawkę zrywać po jej obu stronach nie wysiadając. Jak kto z
przeciwka jedzie to o mijaniu mowy nie ma - raczej miły kierowca
miejscowy wycofa się zręcznie do najbliższego skrzyżowania też
wielkości jak dla krasnoludków. Odwiedzam kilka gospodarstw
agroturystycznych, pensjonatów. W jednym gospodarstwie wygody też
pensjonatowe a teren tak piękny i bezpieczny dla dzieci, że można
przestać na nie uważać (wszystko dokładnie ogrodzone) i spokojnie
zająć się ..własnymi myślami. Zamiast usiąść w cieniu o
kontemplować przyrodę z miłym gospodarzem oglądamy najnowszy model
fiata, który właśnie znalazł się w salonach.
W Niewodnej święto plonów, wspaniały chór, msza i procesja wokół
kościoła św. Anny. Miły ksiądz proboszcz niezwykle skromny zawsze
uśmiechnięty. Wieńce w kształcie serc, ksiąg i ..kilkanaście
aparatów cyfrowych w akcji. tak tradycja splata się z
nowoczesnością. Lubię odwiedzać stary cmentarz, teraz uporządkowany,
aż za bardzo, ale to względy praktyczne tak każą. Rano młody kogut
przekrzykuje się ze starszym sąsiadem, zawsze to dźwięk milszy jak
poranny chrobot włączającej się lodówki w mieście stołecznym.
Kolejna podróż - to Kotań, Świątkowa, Myscowa, Krempna wioski
położone w Magurskim Parku Narodowym. Szczególnie miło jedzie się do
Krempnej, gdzie droga wije się kilka razy pod wzgórzem i kierowca
jak kurczowo trzyma kierownicę, to już nie powinien podziwiać
widoków. Dlatego zalecam przejazd dwukrotny za każdym razem odważysz
się dalej spojrzeć. Rzeszowska Diecezja ma ciekawy ośrodek gdzie
konno można pojeździć, a spanie kosztuje ledwo 20 zł. W Świątkowej
można pstrąga złowić samemu w stawie przydomowym albo zaraz podadzą
już usmażonego. Na końcu wsi też wyciąg narciarski - rusza po raz
pierwszy tej zimy. W Myscowej nie zastaję gospodarzy, ale udaje mi
się zrobić zdjęcie jak mama kaczka prowadzi swoje śliczne stadko
dróżką, a maluchy defilują 10 cm od psiego nosa, który popatruje
spokojnie.
Po Rymanowie - wyprawa do Małopolski. Gorlice, Biecz, Hańczowa,
Klimkówka, Uście Gorlickie, Męcina, Szymbark w dwa dni zaledwie.
Nocleg w Gorlicach urozmaicony bo pokoje gościnne nazwane imieniem
założycieli miasta - położone wysoko wysoko ale nad galerią sztuki.
Łazienka jest, gorąca woda też, za to łóżeczko twarde, do tego
poranne dzwony wyrzucają z łóżka skutecznie, podobno miejscowi nawet
nie zawsze słyszą, a to chyba o 5:30 jak biły. A więc pod prysznic,
golenie i jazda wzdłuż rzeki Ropy, a tam podobno ryb moc. Tylko
chyba w sandałkach można ją przejść tak sucho. Droga do Wysowej
Zdroju ciekawa, bo i osuwisko stoku się zdarza, z lewej koryto rzeki
porośnięte lasami. Ośrodków, pokojów moc kązdy znajdzie coś dla
siebie, jeszcze przed uzdrowiskiem dwa domu blisko siebie siostry
prowadzą z mężami, miłe pokoje i okolica ciekawa (Hańczowa). W tej
wiosce wracając odwiedzę Bar "U Romana" gdzie schronisko najtańsze w
okolicy, a do tego z internetem bezprzewodowym i sklepem spożywczym
dla wygody. W Wysowej piękny Park Zdrojowy, wytwórni wód mineralnych
- nieco słonych ale w wielu odmianach i na różne schorzenia. W
miejscowym sanatorium zamawiam obiad - taki jak dla wszystkich
kuracjuszy. Zupa jarzynowa jak w domowej kuchni bardzo smaczna, ale
na drugie pierogi, więc biję się z myślami czy jeszcze dolać z
pełnej wazy. Myślałem że talerz pierogów na stół cały, a to dla
jednego kuracjusza. Naliczyłem 28, zjadłem wszystkie - doskonałe.
Całość z deserem (wielkie ciastko makowe, drożdżowe) i kompotem - 15
zł. Jak pojadę tam się leczyć to powrót już chyba tylko balonem. W
drodze powrotnej zaczyna sie pogoda pogarszać, troszkę pada, grzmi,
a ja i tak robię jeszcze zdjęcia, które całkiem nieźle wychodzą
(Klimkówka i Uście Gorlickie). W Klimkówce piękny widok na jezioro
(spiętrzona Ropa) które z chmurami się łączy i wygląda wtedy jak
zatoka z której zaraz wypłyniemy w daleki morski rejs. Okolice
lesiste, bogate w cerkiewki, ciekawe miejsca i oryginalne budowle.
Taki pałac właśnie jak obronna budowla z wieżą spotykam w Męcinie
Małej - to agroturystyka OWCZARZÓWKA. Same atrakcje; spanie w wieży,
gdzie wchodzi się po kręconych schodach, na dole super nowoczesna
kuchnia, za domem ogrodzony plac zabaw dla dzieci gdzie huśtawki i
..basen płytki ale wody pełen do chlapania w sam raz. Gospodarze
młodzi mili hodują ...krowy szkockie. Koniecznie zobaczyć trzeba bo
beżowo, brązowe z ciekawym futrem, łagodne, przyglądają się gapiom
zdziwionym.
Pędzę
szybko jak tylko znaki pozwalają (haha..) po córkę do Rzeszowa,
stamtąd w ogromnej ulewie do Samoklęsk, za Duklą, bo tam przyjęcie
weselne zaraz będzie, a ja mam sfotografować dekoracje i potrawy
jeszcze w dziewiczym stanie. Spieszymy się bo jak już goście wejdą
to nic z zamierzonego reportażu. Wjeżdżam pędem na podwórze -
jeszcze nie ma młodych, ledwo kilka samochodów. Zdążyliśmy. Potrawy
piękne, sala udekorowana w słonecznych barwach, tort piętrowy, białe
siedzenia dla młodej pary, stół do toastu na środku parkietu.
Zamiast stołu szwedzkiego - wiejski kram ze słomianym daszkiem a pod
nim kiełbasy wędzone, boczki krojone, wędlin wszelkich moc, do tego
ciast odmian wiele, nawet garniec ze smalcem, słój z ogórkami
chrupiącymi, proziaki, a z boku dyskretnie flaszeczki wymyślne z
trunkami gatunkowymi, z obcych krajów pewnie. Skończyłem zdjęcia, w
tym momencie słyszymy szum, wjeżdżają samochody weselne. Zdążyliśmy
w ostatniej chwili. Wychodzimy przez kuchnię - na pożegnanie od
miłych właścicieli "szyszka" weselna. Podarunek dla gościa
weselnego, czyli wybór ciast w małym pudełku. Bardzo miły zwyczaj.
Jeszcze tylko dwa dni na wsi i powrót do Warszawy, spokojną trasą bo
przez Lublin. Na radomskiej trasie - mijanki i korki - remont trwa. |
|
15 sierpnia noc |
Minęło 10
dni wkrótce sprawozdanie będzie, ale wrażeń tyle, że opisy nużące
obiecuję skracać do niewielkiej drzemki. Na razie dostęp do
internetu mam równie łatwy jak angaż w Teatrze Wielkim, albo
posłowanie w imieniu jedynie słusznej partii. Czyli ..dziękuję,
bibliotekom, przyjaciołom wędrowców, za czasową możliwość wysłania
czegoś pilnie - w mieście sławnym Strzyżowie i bliskim a wzniosłym
Frysztaku. Frysztackim chłopakom (Mateuszowi i Grzegorzowi)
informatycznie górującym nad okolicą - po samą stolicę, za pomoc
dziękuję. Pod koniec tygodnia wracam choć na chwilę do stolicy,
marząc o długotrwałym prysznicu i jeszcze dłuższym i szybszym
dostępie do błyskawicznego przesyłania danych. |
|
5
sierpnia 2007 |
3 sierpnia, 3 rano a ja już
spać nie mogę bo zaraz wyjazd... Piątek więc można by wcześniej,
dziewczyny domowe śpią jeszcze, choć same deklarowały, żeby jak
najwcześniej. 5 rano ruszamy - kierunek Przemyśl. Najpierw na
Lublin, tradycyjnie przez Zakręt, potem obwodnicą lubelską, dobrze
oznakowaną łatwo znajduję numer drogi wojewódzkiej na Przemyśl. Z
małymi przerwami na odwiedzanie odpowiednich przybytków w co
bardziej eleganckich stacjach benzynowych. Oczywiście BP górą,
czysto jak zwykle, bezpłatnie, a do tego w totolotka można zagrać,
bo kumulacja 13 milionów pobudza wyobraźnię. Na miejsce dojeżdżamy
na 11, bez pośpiechu, z niewielkimi robotami drogowymi na trasie.
Kawa i pyszne ciasto w domku na Zasaniu, gdzie w 1915 urodził się
mój ojciec. Potem daty na budynkach będę już porównywał do tego
roku. Słoneczko miło świeci, bo w całej Polsce deszcz i ochłodzenie
poza Podkarpaciem. Do Centrum miasta dowozi nas autobus miejski,
ledwo 3 przystanki. Kamienice pięknie odnowione, choć tłumy na
ulicach, nie widać fruwających papierów czy puszek na trawnikach.
Czystość i dbałość o wizerunek miasta widać choćby nad brzegiem
Sanu, gdzie trawka wystrzyżona, a łagodne stoki zachęcają do miłego
poleniuchowania. Albo tak dbają, albo nikt pod nogi nic nie rzuca,
szok dla warszawiaków. Kamienice wspaniale odnowione, secesyjne
ozdoby w pełnej krasie. Kościołów moc i co jeden to piękniejszy i
bardziej dostojny historią. Archikatedrę trzeba obejść ze dwa razy,
bo z każdego miejsca inna i ciekawsza, a wnętrza, obrazy, grobowce,
złocenia cieszą oko i wprowadzają w nastrój powagi i skupienia.
Blisko także kościół greko-katolicki ze zbiorem ciekawych ikon,
które tylko przez szybę fotografuję - właśnie trwa wielkie
sprzątanie. Nieco dalej uliczką w dół bo piękna fontanna
wystrzela w górę a obok ciekawa czworokątna wieża - to Muzeum Fajek
i Dzwonów. Przed wejściem faja jak dla Wielkoluda. Po takich
wrażeniach trzeba odpocząć - polecano nam lody ponoć najlepsze w
Przemyślu. 1 zł 80 gr. kulka, ale jaka duża, a lody faktycznie
pyszne. Na wieczór radio zapowiedziało opady i burze, więc jeszcze
tylko spacer przez most Orląt Przemyskich, z niego piękne widoki na
miasto i rzekę. Chcę sfotografować jeszcze jeden mały kościołek,
pomalowany ceglastą farbą, ale nagle drogę zjeżdża mi ogromny
samochód z dłużycami (ścięte ogromne pnie chyba sosny?). Patrzę
przez wizjer czy nie przejedzie i czytam na drogowskazie - w lewo
wyciąg narciarski - w prawo cmentarz wojenny. W końcu zdjęcie robię
z takim właśnie natłokiem informacji. Stanowczo za mało, stanowczo
za krótko, a miły gospodarz, gdzie przedpołudniowa kawa, jeszcze
chce tyle pokazać. Nie ma czasu niestety, bo w planie jeszcze
Krasiczyn (zamek) i potem droga na Dynów i Lutczę aby przez Strzyżów
do Niewodnej zdążyć przed zmrokiem i przed deszczem. Do Krasiczyna
blisko i łatwy dojazd z Przemyśla. Parking pod delikatesami
krasiczyńskimi bez skrawka cienia, ale trudno. Najpierw obiad -
znajdujemy na tablicy napis Karczma "U MARTY". Na werandzie siostry
zakonne z apetytem machają łyżkami, co zachęca do przestudiowania
karty oprawionej w skórę. Wnętrze miłe, stoły przyjemne ściany
wykładane naklejanym kamieniem, a obramowania drzwi wykończone liną.
Zamawiamy zalewajkę. Dobra gęsta zupa, a'la żurek z ziemniakami i
kiełbasą. Córka zamawia placki ziemniaczane i surówkę z kapusty
pekińskiej. Po dwóch plackach blednie lekko, ja zjadam jeden o
trochę dziwnym smaku, bez sosu na sucho, ale z przyprawami. Sałatka
niestety z długim blond włosem wraca do kuchni, młody kelner
rysikiem wystukał zamówienie, potem pewnie odstukał ów włos
nieszczęsny bo sałatki już w rachunku nie będzie. I słusznie, sucha
kapusta pokrojona z papryką dość miła koziemu podniebieniu zapewne.
Przeproszenia nie doczekawszy zamknąłem się w toalecie, aby
podziwiać piękno wystroju, kafelków czar. Do samochodu dochodzę
lekko zgięty w pół i dopiero pół butli napoju i coli doprowadza mnie
do stanu zapomnienia o placku nieszczęsnym. Pałac w Krasiczynie
opisywać mi, a nie wrażenia gastronomiczne. Historia pewnie też
miejscami była by inna gdyby zawżdy (!) lepiej karmiono, a może
czasem mniej obficie? Pałac piękny, obok w dawnym domu dla służby
hotel teraz trzygwiazdkowy. Cztery wieże i podjazd długi jak most na
Sanie. Mury odnowione, sgrafitta jak nowe, park piękny i dziewczyna
wśród zieleni maluje widoczki na sprzedaż zamkowe. Talent ma, co i
na zdjęciu uwieczniam. Czas do rodzinki się zbierać, rzucam więc
okiem do atalsu i wychodzi mi, że zaraz będzie za Krasiczynem droga
w lewo, kawałek tylko i jestem już na upragnionej - wojewódzkiej
884. Nic z tego jak się okazuje. Za szybko rzuciłem okiem, bo skrót
mój kończy się na rzece, a po drugiej stronie ..prom. Czekam aż
odbije od brzegu i podpłynie, przewoźnik popatruje na autko i
stwierdza - nie da rady. Nie przewiozę, bo stan wody za niski,
podjazd z drugiej strony za stromy i zawieszenie można stracić, albo
stoczyć się tyłem i d... mokra (kończę w myślach). Zawracamy zatem
do Krasiczyna, inna dróżka mała prowadzi przez mostek blaszany na
jeden samochód tylko. Ale to ta właściwa, po kilkunastu zakrętach
doprowadza nas do drogi właściwej. Jadę wzdłuż Sanu, potem Pogórzem
Dynowskim, serpentyny, wzniesienia zakrętów moc i zjazdy dość
gwałtowne, czyli droga bardzo urozmaicona. Jeszcze przed Domaradzem
zaczyna padać, więc jeszcze wolniej, 5 kilometrów drogą nr 9 i znów
na drogę lokalną (989), aby krócej. Chyba to był Żyznów, bo
choć kropiło nie sposób było nie zauważyć, jak zadbane uliczki ma ta
wioska. Wzdłuż całej drogi piękne klomby, uporządkowane podjazdy i
ciągi kwiatów. Następna to już Godowa, leje coraz mocniej, a wioska
długa bardzo. Dojeżdżam do Wisłoka, a tu mostu nie ma. Okazuje się
ze jest, ale objazd, po czymś tymczasowym, tylko z daleka straszyły
czerwone szlabany końcem jazdy. Już Strzyżów, postój u rodzinki i
pyszne pierogi "ruskie", kompot zimny ile dusza zapragnie. Ponieważ
lekko się uspokaja, jedziemy dalej do Niewodnej bo jak polna droga
namoknie za bardo nie podjadę. Niewodna tym razem "wodna" i to
bardzo, dojeżdżam do połowy wzgórza, koła kręcą się w gliniastej
ziemi. Koniec jazdy. Z sąsiedniego domu wybiega dwóch chłopaków
słysząc ryk silnika i po wycofaniu tyłem w krzaki, wypycha mnie na
kierunek właściwy czyli trawnik sąsiada. Następny dzień pada coraz
więcej, leje tak że samochód z błotnych kąpieli już prawie
umyty. Odwracam go drugim bokiem do deszczu i wiatru bo jak darmowa
myjnia to czemu nie. Okazuje się, ze tym razem umyło za mocno, kable
jakieś zamokły i bez racji żadnej światła się świecą, choć nie
włączone. Jedyna rada odciąć dopływ prądu od akumulatora. Niedzielne
słoneczko wysuszy jak nie to w poniedziałek będę szukał elektryka.
Ale jak odpalę to jedzie więc już mamy 5 sierpnia i festyn
agroturystyczny w Strzyżowie. Występy, kapele, stoisk moc, pszczoły,
konie, nawet osły dwa i struś jeden. Sadzonki wszelkie, ziemniaki w
odmianach wielu, kwiaty z bibuły piękne, rzeźby drewniane, ptaszki
na wodę ćwierkające i jedzenia wszelkiego moc. Chleby wspaniałe, na
liściach dęby pieczone, chałki wszelkie pozwijane, i w słoneczni, i
w warkocz, ciasta pyszne, nawet doskonałe krówki z tutejszej ROKSANY
rozdają dziewczyny z Banku Spółdzielczego. Miodów dostatek, a
zadziwia mnie szczególnie dwukolorowy w jednym słoiku. Najpierw
wlewa się jeden spadziowy, a potem jak tamten nieco zastygnie (?),
drugi wielokwiatowy. Wygląda ślicznie i jak one się nie zmieszają
nie wiem ale do Warszawy pojedzie. Gospodarstw Agroturystycznych
mało, ledwo ze trzy, za to producentów żywności moc. Na sery kozie
ledwo znajduję miejsce, bo jeszcze piernik i sernik i ciasto
przekładane. Najbardziej żal "proziaków", ale to już trzeba drugi
żołądek od krasuli pożyczyć. Bardzo udana impreza. Żebym tak nieco
zrzucił ten nadmiar kulinarnych wrażeń, szwagier namawia na spacer
na Łętownię. Jedziemy pod wyciąg narciarski, orczykowy, teraz
nieczynny - wzdłuż którego drewniane schody prowadzą na szczyt góry.
Wchodzimy w 4 osoby, ja na końcu, bo po takich posiłkach lepiej jak
się stoczę samotnie. 567 stopni. Ten napis przeczytam dopiero za
godzinę po zejściu. Pewnie sam bym nie wlazł, ale w sumie schody
łagodne, tylko ich okropnie dużo, a ja już dawno w wieżowcu nie
mieszkałem. Na końcu schodów niespodzianka - przepiękna panorama
Pogórza Strzyżowskiego, widok na miasto i wsie okoliczne, a do tego
bar i jeszcze czynny!!! Piwo napoje i coś tam jeszcze, ale już nie
sprawdzałem .. trzeba zejść w końcu. Łagodnie nie patrząc wnikliwie
na boki, dochodzę do tabliczki zaczynającej wspinaczkę. Szwagier
pyta - jeszcze raz? Jak by proponował ..po jednym. Dowcipny. Czuję
to w nogach. |

|